Półmaraton 11. Biegiem przez Platerów
rozciąganie.
Półmaraton 11. Biegiem przez Platerów
Niedzielne wybieganie
Po raz pierwszy pobiegłem 10 km za granicą w ramach RUN CZECH. Bez przygotowania i treningów wystartowałem na żywioł. Okazało się,że nie zapomniałem jak biegać nawet w miarę dobrym tempie, bo dychę średnio poleciałem po 4:25/km
Dawno nie pisałem a starowałem mało. We wrześniu udało mi się uzyskać pakiet startowy dzięki Tomkowi, który nie mógł wystartować. Wybierałem się i tak do Pragi w tym czasie z grupą. Dzień przed wybrałem się odebrać pakiet startowy i zapoznać się trochę z samym biegiem i trasą. Start zaplanowano na godzinę 19:30 na Namiesty Republiku w samym centrum Starego Miasta. Zapowiadało się fajne wydarzenie. W ciągu dnia jeszcze zwiedzaliśmy Pragę i kilometrów narobiliśmy.
W dzień startu starałem się trochę nawadniać i racjonalnie jeść. Na start powędrowała ze mną cała grupa wycieczkowa. Ostatnio biegam mało a więcej chodzę. Jednak dwa dni przed zrobiłem lekki rozruch 5km i tyle było treningu. Przed startem trochę truchtu i rozciągania. Jeszcze w metrze zdążyłem złapać kawę. Miało być podwójne espresso a był żużel jak z toru Motoru Lublin przy Alejach Zygmuntowskich.
Cóż wspomagałem się wodą i coca colą. Stanęliśmy przy barierce gdzie bieg kończyły kobiety na 5km. Niektóre ponad 48 minut biegł a raczej walczyły aby choć trochę pokazać, że biegną. Żywiołowo ich dopingował spiker.
Sama końcówka wbieg lekko pod górkę i po bruku oraz torach tramwajowych nie zapowiadała dobrego finiszu. Zabrałem wprawdzie twarde buty na asfalt ale tu będzie trochę urozmaicenia. Zostawiłem graty i grupę informując, że zabiorę się z zającami na 45 minut. Potruchtałem jeszcze, porozciągałem się i zrobiłem kilka przebieżek. Dopiłem wodę i powędrowałem do strefy C miejsca startu 20 minut przed startem. Stref było aż do litery G. W tym czasie spiker prezentował zająców na poszczególne czasy oraz faworytów. Zawodników były tysiące. Trudno wskazać ile ale bardzo dużo. Założyłem koszulkę klubową , lekkie buty i skarpetki. Aby było swobodniej same spodenki bez slipek. Będzie przewiewniej-)
Plan na bieg był prosty. Ruszyć z zającami na 45 minut i zobaczyć jak będzie to szło. Czy dam rade to będę się ich trzymał. Jak spuchnę to odpuszczę. Ambitnie zakładałem, że po te 4:30 powinienem jeszcze dać rade z marszu dychę pobiec.
3..2..1. start wybiegałem ze strefy ponad pół minuty. Przebiegłem koło swoich którzy zagrzewali do boju. Było ciasno i do tego jeszcze z górki. Inny bieg niż w Polsce. Pełno ludzi dopingujących uczestników. Tunele pełne wrzawy, muzyki oraz zespołów grających a także dymy, race oraz lasery. To robiło wrażenie. Pierwszy km 4:40 biegłem bardzo chaotycznie i nie mogłem złapać właściwego rytmu nawet i na kolejnych. Trzymałem się zającowej, bo chłopak wydarł szybciej. Trasa góra dól, podbieg i zbieg. Było to takie szarpanie. Na drugim km 4:34 lekko ale to lekko przerzadziło się i można było już trochę swobodniej biec. 3 km 4:30 więc było równo teraz. Punkt z wodą był co prawda rozciągnięty to chętnych do niego dużo i tutaj trzeba było w locie łapać kubeczek z wodą. Wracając do trasy to świetnie zorganizowane oznaczenia i co podkreślam ludzie full niezwykle żywiołowo reagujących. Do tego Praga o zachodzie słońca aż momentami ciary przechodziły, że środkiem jezdni można tak sobie to miasto podziwiać. Na 4 km była agrafka co bardzo spowolniło. Takich było jeszcze kilka na trasie. Cóż 4 km wyszły 18:15 więc dobrze było. Wysunąłem się przed zającową aby dojść do drugiego pacemakera. Tametem biegl trochę szybciej robiąc zapas. Na 5 km zerkam na zegarek 22:40 oj trochę może zabraknąć do połamania 45 minut i zające mnie wchłoną.
Na zbiegu nie wiedziałem kiedy odszedłem trochę grupie. Teraz biegłem już bez liczenia na zająców. Zdecydowanie przyspieszyłem ten km do 4:10. Szło dobrze. Praga była skąpana już w zachodzącym słońcu. Fala zawodników przede mną i za mną rozlała się po ulicach grodu nad Wełtawą Skoro mowa o rzece do 7 km byłem już nad jej brzegiem. Trasa wiodła dalej przez most do kolejnej agrafki. Denerwowało mnie te nawracanie. Punkt z wodą po 7 km był już luźniejszy i zasuwałem, choć łatwo nie było. Dawno nie biegałem 4:10 a nawet 4:05/km. Pod górkę na most było cholernie ciężko. Jakoś wdrapałem się i tempo mi spadło. Zauważyłem zająców po nawrocie mieli do mnie ze 300 metrów a więc sporo im uciekłem. Nie powinni już mnie dogonić. Teraz walczę już tylko o to aby ukraść cenne sekundy. 8 km juz w bólach ale szybko przeszło i na 9 przyspieszyłem zdecydowanie. Leciałem już poniżej 4 minut. Czułem że jest ciężko ale atmosfera tego biegu niosła i nie zważałem na trudności. Im bliżej końca tym bardziej gazowałem. 10 km to już poezja biegu.
Oświetlona Praga witała na ostatnich metrach. Jeszcze 300 metrów do mety mimo,że pod górkę to darłem ile ostro. Na finiszu dałem do pieca jeszcze.
Słyszałem i kątem oka widziałem moją grupę która mnie dojrzała i dopingowała. Wbiegłem na metę z czasem brutto ponad 44 minuty. Zegarek na ręku pokazał poniżej 44 minut więc nie było tak źle. Owszem zmęczyłem się ale bez przesady. Dobrze,że nie szarpnąłem za ostro na początku. Ostatecznie wyszło 43:56
a więc druga piątka szybciej o ponad minutę 21:16. Nie zatraciłem jeszcze tak bardzo zmysłu biegania.
Sporo czasu zajęło zanim dotarłem po medal.
Wstaję 4:44 a słońce już wstało a więc chyba trzeba o 3:33 -:) aby zobaczyc cały ceremoniał wschodu słoneczka. Szklanka wody z cytryna i mus Kubuś owocowy jabłko-banan wrzucam na ruszt. Zakładam spodenki, skarpetki, koszulkę biegową. Profilaktycznie biorę wiatrówkę, ponieważ po wczorajszym deszczu może początkowo być chłodno. Zabieram plecak z piciem. Rozciągam się delikatnie oraz robię skłony i wymachy. Powoli ruszam.
Początek rzecz jasna noga za noga po polnej drodze. Jeszcze rosa jest na trawie i liściach brzóz. Za mną coraz wyżej jest już majowe słońce. Wbiegam w lasek i ponownie na otwartą przestrzeń.
Tutaj rzecz jasna są sarenki które spłoszyłem z rannego śniadania. Tak zjadały trawę, że dały się trochę podejść. W końcu uciekły. Pierwszy km 5:49. Cieńko bardzo cieńko ale może rozruszam się. Na drugim jest już zdecydowanie lepiej. Wbiegam w przestrzeń graniczną gminy Piszczac a mianowicie Ortel Królewski Drugi. Tzw. granica o dziwo zaczynam się rozpędzać. Trzeci km poniżej 5 minut. Oj za szybko. Na 4 km już zdejmuję w biegu wiatrówkę bo zaczynam się pocić jak parówka w rondelku pod przykryciem. Uf... popijam kilka łyków wody i biegnąc obserwuję latające ptaszki.
Wszystko wokoło mieni się w blasku słoneczka. Zboże w coraz większe kłosy urasta. Lekki powiew wiatru zrzuca kropelki rosy i resztki deszczu. Zatrzymują się przy trawie obok rzepaku aby podziwiać wędrujące robaczki, które od rana pracują.
W oddali trzy sarenki wcinają zboże. Gdy mnie zobaczyły to się spłoszyły i po skosie zaczęły uciekać.
Teraz biegnę już bardzo spokojnie i zachowawczo. Mijam ponownie przekwitający rzepak oraz ... ule. Tak tak kilka uli stoi przy zagajniku gdzie mniemam są dobre warunki dla pszczółek.
Dobiegam do budynku po szkole i miejsca gdzie jest meczecisko miejsce gdzie do 15 sierpnia 1915 roku stał meczet.
Wszak dzień jest długi i aktyny to nie przeciążam się kończąc na 7,7 km w ponad 40 minut. Jest jaki postęp, ponieważ trzeci raz udało mi się wyjść i potruchtać w rytmie co drugi dzień. We wtorek robiłem 10 km po asfalcie w miarę spokojnym tempie. Jednak co km robiłem przebieżki na odcinkach 20 sekundowych.
Czasami biegam
Moje bieganie bywa od paru miesięcy tylko incydentalne. Z racji sezonu turystycznego ruchu nie brakuje choć bieganie zaniedbałem. Czasami przebiegnę 5 km lub 10 km raz w tygodniu. Planów biegowych nie mam póki co.
W niedzielę postanowiłem poczłapać. Na początek robię lekkie rozciąganie. Zakładam koszulkę wiatrówkę bo wieje i na krótko. Biorę plecak biegowy z wodą. Buty crossowe, opaski kompresowe i w drogę. Powoli wlekę się polnymi drogami. Momentami wiat wieje co nie ułatwia szurania. Pierwszy km 5:49 to bardzo marnie ale dobrze, e biegnę a nie idę. Na drugim deko lepiej. Przebiegam przez lasek gdzie czuć zapach wiosny a także można dostrzec sarenki biegające. Dalej drogę przebiega zajączek i ponownie sarenki. Drugi km lepiej 5:14 i powoli biegnę. Nie jest łatwo. Pocę się a momentami za gorąco. Co wiatrówkę odsunę to wieje i znowu chłodniej.
na 3 km wzdłuż rowu obserwuje zatory jakie porobiły bobry i dostrzegam szarego bociana który umyka z rowu. Trzeci 5:19 i nie chce mi się biec. Chyba brak motywacji mnie ogarnął w tym momencie. Jednak mobilizuję się i kieruję się w stronę lasu. Tutaj 4 i 5 km trochę wolniej ale rozruszałem się. Szybciej nie było ale bardziej komfortowo. Co 2-3 km popijam kilka łyków wody.
Na 6 km wbiegam w las i tutaj ponownie jest zwierzyna która ucieka przede mną. Dalej powoli, z lekka zadyszką dobiegam te ponad 10 km. Rozciągam się i kończę.
W niedzielę było z nogą już lepiej. Udało się wyjść na bieganie. Wszak nie było dużo, bo ten sam odcinek co ostatnio ale poszło.
Zrobiłem rozgrzewkę i rozciąganie. Powoli ruszyłem i biegło się dobrze,. Nie czułem bólu i dyskomfortu. Jednak maść, fizjo i tejpy pomagają. Wszak nie leciałem szybko ale to dobry znak. 6,5 km w spojonym biegu dało mi poczucie komfortu psychicznego. Czas nie był tak istotny chociaż średnio 5:30/km to już można nazwać jakimś tam bieganiem. Zapewne odpoczynek też swoje zrobił. Regeneracja tez jest dosyć ważna.
Tydzień czasu minęło zanim ponownie pobiegałem. Chociaż bieganie to zbyt duże słowo.
Po rolowaniu, smarowaniu maścią chlodzącą nie bardzo przechodziło. Mięsień brzuchaty prawej nogi dał o sobie znać. Pierwsze dwa dni nie dałem rady chodzić. Dopiero po radzie fizjoterapeuty kupiłem maść i zaczęło być lepiej.
Gdy położyłem się na stół i fizjo wymasował aż wycia bo tak bolało to poprawa okazała się znaczną. Założył mi tejpy na tę nogę. Defacto boli mięsień brzuchaty od początku. W czwartek jednak wybrałem się potruchtać 6,6 km po drodze piaszczystej.
Nie było źle. Bólu nie odczuwałem a jedynie obawę czy mi nic się nie stanie. Codziennie kilka razy smaruję boląca nogę. Chodzić chodzę już bez problemu.
Byłem na saunie a zimna woda w stawie dała dobrą regenerację. To pomogło na tyle że nawet na ćwiczenia wybrałem się. Wszak trening obwodowy nie był w moim wykonaniu pełny. Omijałem te stację gdzie trzeba było wysiłku na nogach. Za to brzuszki, podciągania,planki, rolowanie, hantelki i wyciąganie na kółku. Dobrze mi to zrobiło. Oczywiście póki co o powrocie do regularności nie ma mowy. Z czasem liczę że przejdzie.
Niestety poranny trening w czwartek z rana jeszcze przed wschodem słońca zakończy się szybciej niż zaplanowałem. Po wstaniu o 4:44 i krótkim rozciąganiu ruszyłem na trasę z zamiarem 2km rozruchu a dalej szybie odcinki po 30 sekund o każdym kolejnym kilometrze.
Po 2 km i szybkiej wręcz sprinterskiej 30sekindówce poczułem ból w łydce z tyłu lewej nogi. Zwolniłem a nawet przeszedłem do marszu. Dalej próbowałem ruszyć ale bolało tak że kulałem. Postanowiłem zawrócić. Ne wiem przemęczenie? za szybki akcent czy naderwanie mięśni? Powoli kusztykając w truchcie a trochę w marszu przy blasku wschodzącego słońca wróciłem zły jak osa.
Coś się stało. Fakt nie wyspałem się bo 5godzin z kilkoma przerwami to nie sen i żadna regeneracja. Może to efekt jeszcze biegania po asfalcie i niedzielnej piątki? hm....
Cóż zacząłem się rolować i smarować maścią chłodzącą. Trochę mniej boli. Zobaczymy co będzie za kilka dni. Może w niedzielę spróbuję wyjść potruchtać. Póki co pauza.
Po weekendzie i ćwiczeniach, wybieganiu na 30 km oraz niezłej piątce we wtorek dopiero wieczorem wyszedłem na rozbieganie. Poniedziałek dałem sobie na luz i regenerowałem się. Odstawiłem, tydzień temu słodycze, alkohol i napoje gazowane. Na wadze już 7 jest z przodu to dobry znak,że ostatnie dni i treningi zaczynają procentować. Ważne aby otrzymać systematyczność.
We wtorek wieczorem rozciąganie i skłony, wypad oraz wymachy. nie za dużo, ponieważ na rozbieganie nie potrzebuje zbyt intensywnej rozgrzewki. Dogrzeję się w trakcie po paru km.
Ubrałem się w miarę ciepło z termicznymi spodnimi i gatkami. Nie biorę picia wszak jest chłodno a 14 km to nie potrzebuję. Buty na asfalt zakładam te nowe jakie miałem w niedziele na piątce. Założyłem je po raz drugi. Asics to po raz pierwszy ich używam ale słyszałem dobre recenzje.
W niedzielę dobrze się biegło i chyba dlatego tak fajnie piątka poszła. Pierwsze 2 km po drodze polnej i nie było za szybko bo 5:17 i 5:10/km. Gdy wbiegam na asfalt jest już lepiej. Dobrze szło dalej coraz lepiej po sekundzie, dwie szybciej. Na 5 km już poniżej 5/km już jest. Kilometr za kilometrem już dogrzany zasuwałem na luzie. Po asfalcie dobrze się śmigało. W pewnym momencie kilometr ten dziewiąty 4:54 to jak na rozbieganie za szybko.
Zmobilizowałem się aby nie zasuwać za szybko. Gdy wybiła 21 to pogasły światła na jednej z wiosek. Oszczędności biorą górę ale miałem czołówkę. Końcówka znowu wyszła podkręcona po 5:00
14 km w godzinę 11 i 43 sekundy wyszło. Dało to średnią 5:05 i jak na rozbieganie to jest dobrze. Jeszcze trochę rozciągania i hyc pod zimny prysznic aby nogi trochę pomoczyć.
Bieg Tropem Wilczym na 5 km pobiegłem kolejny raz. Zawsze dobrze mi się go biegało. Tym razem z pewnymi obawami po wczorajszej 30tce i dzień po dniu.
Pojechałem z myślą aby 21 nabiegać czy 21:59 czy 21:01 to się okaże. Rozgrzewką był bieg symboliczny 1963 metry, Potem skłony, rozciągania i wreszcie sprinty. Po rozgrzewce biegu symbolicznym postanowiłem biec na krótko i to był dobry pomysł. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie klubie.i start.Zaplanowałem zaczepić się za pierwszą kobietą która wyrwie. Wiedziałem, że będzie to Kaśkę Stepczuk bo ona biega tak pod 21 minut. Może wytrzymam.
Od początku ruszyliśmy dziarsko po 4:10 pierwszy kilometr. Na drugim było jeszcze lepiej 4:08. Biegliśmy razem we dwójkę trzymając tempo. Duża liczba zakrętów i wiatr powodowały, że trzeba było mocno pracować. Trochę zwolniliśmy. Na trzecim km zaczynało się drugie kółko. Czas pokazywał 10:20 co dobrze rokowało.Druga pętla jednak mocniejsza i szybsza. Minęliśmy kilku zawodników. Na 4 km było już po 4:00. Ostatni to rzecz jasna mimo tych zakętasów na mieście udało się przyspieszać. Zostałem sam i cisnąłem. Nie na maxa ale mocno. Jeszcze jeden zakręt i Plac Wolności. Dalej z asfaltu w kostkę. Doganiam kolejnego zawodnika i go mijam. Grzeję już konkretnie Wpadam na ostatnią prostą. Dosyć długa mi się wydawała. Do końca dawałem mocno. Przed metą usłyszałem aby być dżetalmenem i puścić panią. W sumie przeszedłem kilka metrów przed metą do marszu aby towarzyszka biegu mogła mnie dogonić.
Nie zdążyła. Przekroczyłem linię mety 20 minut i 24 sekundy. Oboje mieliśmy takie same czasy.
To był fajny bieg na sprawdzenie się i przewentylowanie płuc. Średnie tempo 4:05 mi wyszło. Ostatni kilometr poniżej 4 minut/km/ Obawiałem się, że wysiądę ale mogłem jak w Wiązownej zacząć mocniej. Zatem w końcu udało mi się przełamać i złapać prędkość pod 4:00.
Fot. Monika Raczyńska i Marek Maliszewski