poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Aktywność w lipcu....ruszyłem się
Oj jest ciężko. Dieta padła a odżywianie się tez leży. Przez mundial rozpasałem się w żywieniu. Ponadto inne czynniki sprawiły, że odpuściłem drugi miesiąc z treningami. Sporadycznie wyszedłem pobiegać i za każdym razem lewe kolano się odzywało.
Niestety kilogramów przybyło i teraz będzie motywacja.
Miesiąc lipiec spisany na straty w treningach, Trochę rowerem 3 razy, kajakiem 2 razy i tylko 4 razy biegałem aż 27 km hehe.Nazbierało się całej aktywności ledwo 130 km
Od sierpnia zabieram się za poprawę tego stanu.

wtorek, 26 czerwca 2018

Podsumowanie maja i roztrenowanieeeeeee

W maju nie ma bardzo co podsumowywać. Pobiegłem maraton lubelski zgodnie z tradycją. Ponownie jako zając. Biegło się bardzo fajnie. Trochę zacząłem zwalniać i ograniczałem treningi po ciężkiej zimie. Muszę po prostu odpocząć, nabrać masy i zrobić jednym słowem labę. Tak w tym roku zrobiłem już mocną życiówkę w półmaratonie i w maratonie. Starczy ze mnie już na ten rok. Tysiąc km przekroczyłem w maju. Kolano lewe nadal boli.

Liczna wykonanych treningów: 12
Liczba treningów biegowych tygodniowo: 8
Liczba startów w zawodach: 1
Życiówki: brak
Ogólna liczba kilometrów biegu w maju 2018:  95,9 km
Łącznie bieganie w 2018: 1.218,38 km  
Ponadto: kajak 43 km, rower 43 km

Średnia liczba km na treningu: 11,98 km
Średnia na kilometr: 5:15
Liczba godzin spędzonych na bieganiu: 8:24
Średnia prędkość 11,42 km/h

W czerwcu zamierzam po połowie ruszyć się.

środa, 16 maja 2018

VI Maraton Lubelski na różowo
Po raz kolejny zającowałem na maratonie w Lublinie. Po raz drugi na czas 4:00. Zabawa była przednia. Biegło mi się super. Przybiegłem 3:59:58 brutto. Potraktowałem bieg jako długie wybieganie. Tak na spokojnie bez dramaturgii i walki w pełnym luzie i z humorem. Tym razem relacja w formie fotograficznej bo fotek mam mnóstwo.
Przed startem oczywiście wzbudzałem szerokie zainteresowanie. Krótka rozgrzewka i w drogę.
Na początku za zawsze ścisk i tłok. Tłum nakręca tempo.
Po 8 km nad Zalewem było juz luźniej. nadal brakowało mi 300 metrów.

Grupa do 30km trzymała się dzielnie a potem była już walka. Niektórzy tracili siły a inni nawet przyspieszyli.

To już ostatnie kilometry które wspominam najfajniej. Przyspieszyliśmy nawet parę sekund.

Jeden z rowerzystów jechał z nami z dobra muzyką i wspierał konających.
Kolega Michał na 30 km miął już dość ale zebrał się do fotki. Było bardzo ciepło ponad 24 stopnie i miejscami duszno ale co tam zająca to nie ruszało.
Luz, swoboda i opanowanie.
Rowerzysta Radek umilał nam bieg mocna muzyką róznej maści gatunków


 
40km 
                                                                 Tak się biega maraton.
Sama radość biegu
Na mecie konsumpcja marchewki-:)

I po wszystkim z kolegą Michałem, który towarzyszył mi na trasie jako drugi zając

poniedziałek, 14 maja 2018

Lekko między maratonami
Po maratonie w Hamburgu był Dzień Dziecka i podjadłem trochę więcej. W końcu kiełbasa i zimne piwko oraz trochę słodyczy. Nie planowałem póki co dalszych planów biegowych i startów. W tym roku 2 pokaźne życiówki mi wystarczają.Zresztą poprzeczkę zawiesiłem sobie już wyskoko.
 Gdy wróciłem do Polski to wybrałem się na kajaki popływać. Na początek 10 km. Rozruch biegowy zrobiłem w czwartek 6,5km z ran a w południe popłynąłem19 km kajakiem.
Dopiero w  niedzielę zrobiłem dyszkę bardzo spokojnie po 5 minut.
Teraz regenerowałem się i starałem się odpoczywać od biegania.  Ponownie wskoczyłem w kajak we wtorek i piątek. 
Przed startem w Maratonie Lubelskim w piątek przebiegłem małe kółeczko 6,5km z rana bardzo spokojnie powyżej 5 min/km.
Po tak mocnym panie treningowymi dobrych wiosennych startach byłem w biegowej euforii. Start jako zając na 4 godziny w Lublinie zapowiadał się zatem mega zabawą. Tempo 5:40/km to bardzo wolne dla mnie. w tym roku jeszcze tak wolno nawet rozruchu nie robiłem. Pogoda zapowiadała się bardzo dobra ponad 20 stopni a więc czekała mnie kolejne fajna przygoda.

wtorek, 8 maja 2018

3:13 w maratonie w Hamburgu
Na pierwszy zagraniczny maraton jechałem bardzo pewnie z nadzieję, że 3:14 złamię. Byłem przygotowany dość dobrze. Każdy wynik poniżej 3:14 będzie sukcesem a co urwę to się miało okazać. Pod numer ładnie byłoby 3:11. Po przetrenowanej zimie jednak byłem zmęczony. Plan i treningi uzupełniające dały w kość. Za wcześnie zacząłem plan a pól roku przygotowań to spore wyzwanie.
Na jednym z portali znalazłem taki oto opis maratonu:

W Hamburgu rozegrany został jeden z najmocniej obsadzonych maratonów tej wiosny na Starym Kontynencie. W stawce elity 33-ciej edycji tego słynnego biegu dostrzec mogliśmy aż 5 biegaczy z rekordami życiowymi poniżej 2:06 w tym Kenijczyków: Emanuela Mutai, Sammy Kitwarę, Stephena Cheboguta, Etiopczyków Ayele Abshero i Solomona Deksisę czy mistrza olimpijskiego z Londynu Stephena Kiproticha z Ugandy

Stawka była zatem imponująca.

Jadłem makaron i buraki kilka dni przed biegiem jak szalony. Do Hamburga poleciałem z tatą w piątek. Tam była aklimatyzacja. Zmiana otoczenia i lot zrobiły swoje. Do tego obawy jak to będzie w obcym kraju się biegło.
Na starcie stanąłem przy zającach na 3:15. Ponad 14 tyś. maratończyków.
O 9:32 wyruszyło na trasę. Piękne okolice dużo zieleni i masa kibiców. Mega atmosfera coś niesamowitego. Już po 600 metrach musiałem się zatrzymać aby odda mocz. Pierwszy raz tak mocno się opiłem przed maratonem. Kilometr za kilometrem leciało się świetnie. Pierwsza piątka rzecz jasna na spokojnie średnio 4:43 i piątka ponad 23 minutyi dalej zacząłem się rozkręcać.  Dycha wyszła w 46:15 i euforia nie schodziła co dało się odczuć na kolejnych 5 km gdzie doping niósł konkretnie. Tutaj po 4:25 i to było za szybko jednak. Na 20 km zdyscyplinowałem się i wróciłem do tempa 4:30/km. Pierwsza połówka w
01:35:48 to całkiem całkiem.
Dalsza cześć biegu przebiegała bardzo płynnie i równo. Na każdym kilometrze piłem i żele od 8km wcinałem.
30 km przeleciałem bardzo dobrze w 2:15. Starałem się trzymać cały czas swoje zakładane tempo. Po 35 km byłem tak zadowolony z biegu już wstrzymywałem się tylko z przyspieszeniem które miało być pd 37km na ostatniej piątce.
Na 36 km niepotrzebnie już się jarałem osiąganym wynikiem. Wyciągając bidon przybijałem piątki dzieciakom i zaczepiłem o rower wywróciłem się łamiąc stolik na punkcie żywieniowym. Aj w tempie 4:30 to nie to samo co na zającowaniu przy 5:40. Rutyna zgubiła.Wybiłem się z rytmu i nogi już strajkowały, choć głowa chciała mocniej biec. Ostatnie kilometry po 4:45 i 4:50 niestety plan był na 3:11 ale dobrze jest. Do końca walczyłem jednak o urwanie jeszcze kilku sekund.ale cel osiągnąłem 3:13:33 czyli o 31 sekund szybciej niż ok temu. Uplasowałem się na 682 pozycji i 7. z Polaków. Małymi kroczkami zbijam czas i sprawia mi to frajdę.
Warunki biegowe były dobre choć słońce przygrzewało.Organizacja mega fantastyczna. Jestem zachwycony. Tłumy na trasie i ten niesamowity doping. Mieszkańcy po prostu są dumni z tego, że przyjeżdżają biegacze z całego świata. Wszędzie doskonale zabezpieczone ulice. Żadnych aut i autobusów na trasie nie było podczas biegu. Punkty ożywienie perfekcyjnie funkcjonowały. Bardzo, bardzo dużo seniorów i dzieci na trasie dopingowało. 
Podsumowując zmęczenie jest spore po zimie i mogłem jednak zaplanować wcześniej maraton.Teraz czas na dobre jedzenie i kilka dni odpoczynku a potem... kolejny maraton ten Lubelski-:) Ważne, że kolejne postanowienie noworoczne zrealizowane.
Dziękuję serdecznie Asi za cierpliwość zwłaszcza za wczesne poranne i późno-wieczorne oraz długie weekendowe znoszone treningi. Słowa podziękowania należą się za pomoc w przygotowaniach Darkowi Trębickiemu Rafałowi Pajdoszowi za cenne uwagi, Łukaszowi Wróblowi i Katarzynie Jendruchniewicz za ratunek kolan na kilka dni przed startem. Super ciotce Żanecie Chylewskiej i wujowi Franciszkowi Chylewskiemu za doping, fotki, wsparcie logistyczne i żywieniowe (makaronu szybko nie zjem-;) tacie Wiesławowi Węda i kuzynowi Mateusz Chylewski za obecność i wszystkim dopingującym w sieci.

sobota, 28 kwietnia 2018

Ostatni trening i podsumowanie przygotowań

W środę wczesnym rankiem lekka 5tka i 5 setek na zakończenie planu treningowego. Zrobiłem go katując sir od listopada.
Pokonałem ponad 1500 km. Stosowałem różnorodne urozmaicenia. W okresie zimowym w okresie zimowym chodziłem na basen. Byla siłownia ale nie często rower i marsze. Biegałem regularnie 5 a nawet 6 czy 7 razy w tygodniu. 
W lutym mimo 28 dni to nabiegałem na treningch 340 km i to był rekordowy miesiąc pod względem biegania.
Wstawałem wcześnie rano ale tez i wieczorami po pracy szlifowałem formę. Sporo wyrzeczeń to mnie kosztowało.
- Zgubiłem 11 kg od listopada.
´1500 km pokonanych
-100 godyin treningow
-ponad 100 treningow
-103 godziny przeznaczonych na treningi
-srednia treningow 4,50?km
- Odłożyłem słodycze i teraz tylko będą jako nagroda.

Na treningach walczyłem w deszczu śniegu i mrozie. Treningi wykonywałem w 6 parach butów. Wszystko to po to aby przygotować się do startu w maratonie. Cel jest bardzo wysoko powieszony.
Przyznam po zrobieniu mega życiówki w półmaratonie 1:25 jestem zmęczony. Moglem obrać inny maraton wcześniej. Coz cross maraton robiłem 6 tygodni temu. Jak to wpłynie na moją formę to się okaże.
Ostatnie 3 tygodnie to problem bólu prawego kolana. Mialem już z nim problemy. Bylem u fizjoterapeuty i założył mi tejpy. Za pierwszym razem to mogło i po 3 dniach było dobrze.
Teraz ponownie je mam ale na dwóch kolanach.
Co ma być to będzie. Będę walczył. Jestem GOTOWY..........

piątek, 27 kwietnia 2018

Bardzo mocny tydzień, czyli nareszcie pękła setka

Po zawodach dokręciłem śrubę w treningach. Porobiłem mocne kilometrówki poniżej 4 minut. Akcenty i siłę biegową także pokatowałem. Ostatnie wybieganie zrobiłem 30 km ale już nie tak szybkie. Obawiałem się trochę że zbyt ostre bieganie może źle mi się skończyć kończy.
W sumie 103 km po raz pierwszy 100 km pękło w jednym tygodniu 7 treningów.
Kolejny tydzień to już 4 treningi i zdecydowanie więcej czasu na regenerację poświeciłem. Siłę biegowa w postaci podbiegów na most w połowie wykonałem. W niedzielę 15 km wybiegania było w tempie docelowym.


niedziela, 15 kwietnia 2018

Trudna Czwarta Dycha do Maratonu w Lublinie ... i wpadka żywieniowa
Niby nie powinno biegać się w zawodach dzień po dniu w zawodach. Zrobiłem tak kila lat temu po 15tce w parku Karczewskim była dycha i łatwo nie było. Jednak przy moich treningach chciałem sprawdzić reakcję organizmu i zrobić ostatni mocny akcent wraz z testem kawy i żelu.Do Lublina pojechaliśmy z Asią i jej bratem autem. Pakiet na spokojnie odebrałem. Wypiłem dużą kawę z CPNu jakąś godzinę przed startem. Kawy nie pijam często. Zazwyczaj jedna dwie na miesiąc.  Teraz chciałem zobaczyć jaka będzie reakcja organizmu po jej wypiciu na trasie. Do tego żel po połowie dystansu. Bardzo złe połączenie ale po kolei.
Do Lublina pojechałem  bo lubię tam biegać. Rozgrzewkę zrobiłem porządną. 3 km w truchcie, rozciąganie i skipy.
Usadowiłem się na linii startu za zającem na 40 minut i tego zamierzałem się trzymać w żadnym wypadku go nie wyprzedzać wcale. Nie był to czas na robienie rekordów tylko utrzymanie pewnego tempa i rytmu. Tak 40 z przodu będzie dobre. Zabrałem, też żel na połowę trasy tak testowo. Zaczęło się z górki bardzo mocno. ponad 1500 biegaczy wystartowało. Biegliśmy w sporym tłumie w miarę równo. Momentami zając szarpał wg mojego zegarka. Potem wszystko się unormowało.  Wiatr trochę powiewał ale z km na km było coraz lepiej. Po 4 zorientowałem się, że odczuwam potrzebę picia choć trochę. Na piątce 19:48 to bardzo dobrzy był wynik. Jednak na punkcie z woda było ciasno i zwolniłem, zając odszedł. Wciągnąłem żel który niestety trochę za ciepły był. Popiłem wodą choć jej mało było. Teraz do zająca traciłem już ze 10 metrów. Nie zamierzałem go za wszelką cenę go gonić. Po 6 km który jeszcze był w dobrym tempie poczułem, że mieszanka kawy i żelu to pomysł do kitu. Źle czułem się na żołądku. Zwolniłem kolejny kilometr i następny 8 tez 4:12 już. Zerwałem się na 9 i 10 km. Ostatecznie pod górkę przycisnąłem
 i finiszowałem 40 minut 11 sekund to o 1 sekundę lepiej niż we wrześniu hehh. Zająłem 75 miejsce na ponad 1500 zawodników. Okazało się ze żel na 10 km nie jest mi potrzebny.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Dobry start na piątkę, czyli Bieg z jajem
W sobotę miałem w planie siłę biegową ale też i zawody u zaprzyjaźnionych osób z Fundacji "W te pędy" w Międzyrzecu Podlaskim. Pojechaliśmy z Asią trochę tez im pomóc a przy okazji po bardzo urozmaiconym terenie mogłem zrobić trening. Kaska i Łukasz robią fajne rzeczy i przy tym wkładają wielkie serce w to co organizują. Ich domeną są zawody Nordic walking ale teraz postanowili połączyć to z bieganiem.
Trasa która obleciałem przed startem była jak na nazwę biegu przystało Bieg z jajem bardzo pokręcona z licznymi dołami w lesie i wokół międzyrzeckich jeziorek. Były też małe górki i zbiegi. Po ustawieniu znaków kilometrowych szybka rozgrzewka której nie zrobiłem zbyt porządnie. Czas gonił i trzeba było na start się stawić
Założyłem sobie , że trzymam się jednego miejscowego zawodnika Pawła Siejko ale nie na maxa ta średnio 3:50. Nie zamierzałem zbyt mocno rwać się do przodu i szaleć. Wszak w planach miałem start dnia następnego na dychę w Lublinie. Zatem bez parcia na wynik.
Wystartowaliśmy w grupie około 50 osób. Wspomniany Siejko wyrwał na początek a ja za nim. Poderwał pierwszy kilometr bardzo mocno. Nierówności i liczne zakręty nie pozwalały na równe tempo biegu.
Pierwszy km bardzo szarpany 3:30 to było zdecydowanie za szybko jak na ten czas dla mnie. O dziwo drugi nie wiele wolniej ale na 3 prowadzący trochę osłabł. Kolejny zawodnik który biegł równo ze mną wysunął się na czoło. Potem pobiegł następny i podarli oni do przodu. Tempo 3 km spadło do 3:45. Starałem się trzymać czołówki ale nie za wszelką cenę. W ostateczności jakby, tak dotrwał d ostatniego to ich zaatakuję. Tak się nią stało bo zawodnicy na 4 km odeszli do przodu. Ja biegłem już umiarkowanie 3:55/km. Podłoże zmieniło się z piachu na kostkę i potem asfalt by ponownie wbiec na piach.
Biegłem na 4 pozycji i ona mi w zupełności wystarczała.
Na ostatnim już nie forsowałem i 3:50 na ostatnim dobiegłem jako 4.
Okazało się ze w kategorii wiekowej byłem najlepszy-:) Cóż wynik 18:43 po takim terenie nie jest zły ale trening był to dobry. Wygrał chłopak z czasem jakieś 40 sekund szybciej. Jeszcze im się odegram hehe
 
Zawody były super zorganizowane. Trasa rywalizacji nie sprzyjała biciu rekordów ale bardziej zabawie biegowej po urozmaiconym terenie. Do tego Organizatorzy przygotowali mnóstwo nagród do rozlosowania co ucieszyło zawodników.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Wybieganie i podsumowanie marca 2018

Na koniec marca w sobotę przed świętami zrobiłem wybieganie 27km ale już nie tak mocno.
Miesiąc marzec ze względu na starty był trochę słabszy pod względem treningów, ale tylko trochę. Przed startami stawiałem na odpoczynek.  Udało mi się złamać 1:27 w półmaratonie i zrobić 1:01 podczas tego bieguna 15km co cieszy mnie najbardziej.  Poza tym kontrolnie piątka dosyć dobrze i start w ciężkim cross maratonie. Po tych sukcesach musiałem zwolnić  zregenerować się trochę i urozmaicić treningi.
Liczba założonych treningów: 24
Liczna wykonanych treningów: 21
Liczba treningów tygodniowo: 3,5
Liczba startów w zawodach: 3
Życiówki: 2, półmarton i piętnastka
Ogólna liczba kilometrów biegu w marcu 2018:  270,32 km
Łącznie bieganie w 2018: 868,86 km  
Ponadto: rower stacjonarny 31 km

Średnia liczba km na treningu: 14,21 km
Średnia na kilometr: 4:53
Liczba godzin spędzonych na bieganiu: 22:00
Średnia prędkość 12,28 km/h

W kwietniu kilometraż będzie jeszcze mniejszy. Do tego będzie mój najważniejszy start.

czwartek, 29 marca 2018

Nowa życiówka na połówce, czyli 1:25 w 13.PZU Półmaratonie Warszawskim
Zrobiłem to chociaż nie za wszelką cenę  z pewną rezerwą i  satysfakcją, że jestem w  gazie.To był perfekcyjnie przebiegnięty przeze mnie półmaraton

Odpuściłem po cross maratonie harmonogram treningów. Tylko rozbieganie i trochę żwawiej z setkami biegałem.
Do Warszawy pojechaliśmy z Asią dzień wcześniej z racji zmiany czasu oraz obawy, że trzeba skoro świt jechać.. Oczywiście odbiór pakietu, spotkania ze znajomymi, kuzynem i wędrówki po stolicy. Spałek niezbyt długo przez pogaduchy, które trwały do późna. 
Z rana zrywka o 7 nowego czasu. 4 kanapeczki, nawodnienie i kierunek start. Na miejscu jeszcze kilka pakietów miałem dla znajomych. Lekki rozruch potem rozciąganie. Pogoda zapowiadała się słoneczna i planowałem biec na krótko.
          Po raz pierwszy na połówkę założyłem buciki adidasa bootsy. Na stopu cieniutkie skarpetki do szybkiego begu to podstawa. Wiedziałem,że nie będzie to raczej spacerek. Celowałem w 1:28 do poniżej 1:30. Myślałem, że na luzie skoro treningowo zrobiłem 1:33 na wybieganiu. Cóż po 10 km będę wiedział na czym stoję czy atakuję czy spokojnie. do tego tydzień po maratonie zawsze jak dotąd robiłem dobre wyniki. Prawie-::
Zakładam czapkę, rękawiczki, rękawki, buff, zegarek, koszulkę na ramiączkach. Do tego pas z telefonem i bidon z piciem bo na 1 punkcie nie będę się przebijał. Do tego 2 żele które testowałem. Porobiłem skipy, przebieżki i byłem gotowy do walki. Przed startem jeszcze wizyta w TOI TOI..
Staję w okolicy strefy  i zająców na 1:30. Przesuwamy się do przody. Na środku stoi spory podest więc usuwam się trochę na bok aby z tłumem nie zostać. Nagle zobaczyłem tę tabliczkę i pomyślałem to byłby mega wyczyn przybiec 1:25. Cóż był to proroczy widok.
3..2...1.. START pierwszy kilometr bardzo spokojnie i bojaźliwie. Jest ścisk a więc uważnie biegnę. Zacząłem od 4:18/km. Na drugim już 4:08 i lepszy komfort. Dalej szło tylko lepiej. Rozkręcałem się do 4:03 nawet. 


Starałem się biec spokojnie bez szarpania. O dziwo po 5km zając na 1:25 nadal był tylko tylko przede mną. Trochę mnie to speszyło. Na pierwszym punkcie nie brałem nic. Przed drugim na 8 km wciągnąłem pierwszy żel i oczywiście zwolniłem po wodę aby zapić. Żel szybko wchłonął i torpeda. Po drodze jeszcze w jednym punkcie dopingowała mnie Asia.
10 km poszło piorunem pod 41 minut. Od tej pory wybiegłem lekko przed zająca aby tempa nie stracić.  Kilometr za kilometrem zasuwałem nie czując zmęczenia. Co jakiś czas łyk picia i dzida dalej. Na kolejnym punkcie czyli 13km wiedziałem, że pobiją życiówkę na pewno na 15km tylko o ile. 14 i 15km szybko zleciał. Grupka z zającem trochę się rozciągnęła. Puszczam ich do przodu. Jednak wolałem być z animi. 15 km zrobiłem o 2 minuty szybciej niż życiówka 1 godzina 1 minuta. do mety pozostało ponad 6 km.Przeszła mi myśl,że mogę nie wytrzymać.  Trochę to wpłynęło  na chaos jaki mi się wkradł w tempo stad 16 km 4:13 bo szarpałem się z żelem. tak go zawiązałem gumkami,że nie mogłem rozplątać. W końcu wyrwałem i wchłonąłem. Trochę za szybko bo woda było dopiero za około pół km.
 Żel strzelił mnie mocno i już biegłem 17ty poniżej 4 minut. Lekkość kroków i świadomość dobrego samopoczucia zapędziła mnie,że kolejny  3:47/km to już szał. Chcąc nie chcąc złamię 1:27 na pewno ale o ile.  Kibice swoim dopingiem bardzo na wielu punktach dodawali sił.
Na 20 km był tunel w który wbiegało się ze słońca w półmrok i wybiegało w słońce pod górkę. Tutaj zasięg gubiły zegarki ale z ręczne 3:59.
Nastal ostatni 21 km który zrobiłem najszybciej ze wszystkich 3:42 W strefie przed meta kątem oka zobaczyłem Rafała z Klubu który dopingował mnie a ja sprintem wbiegałem na metę
Oczywiście szaleję z radości 1:25:40 zrobiłem o ponad 2 minuty bijąc przed 2 lat i tak wyśrubowany wynik z Wiązownej. Następnie celebrowałem swój sukces.
Ramka okazała się fajnym rozwiązaniem na upamiętnienie sukcesu.
Bieg mi wyszedł nie ma co bardzo dobrze. Dziękuję Asi za wsparcie i trenerowi Darkowi za plan który mimo,że jest ciężki to daje dużo radości.
W sumie go skończyłem przed cross maratonem ale w bonusie trener zaaplikował powtórzenie ostatnich 5 tygodni przed startem roku miejmy nadzieję.
Na koniec jeszcze fajny pomysł na depozyty na ciężarówkach i wspólne zdjęcie z kuzynem oraz znajomymi z Białej Podlaskiej.