czwartek, 15 sierpnia 2013

 Wycieczka biegowa Studzianka-Kodeń
Środa 14.08.2013

"Dobre rzeczy przychodzą z czasem, szczególnie w bieganiu długodystansowym" (Bill Dellinger)

Nadszedł 14 sierpnia czas pielgrzymek do różnych miejsc. Ja w tym roku z racji pracy 14 musiałem sobie odpuścić pielgrzymowanie ale nie bieganie. Cóż skoro jest mało czasu aby iść to można pobiec. Kilka dni wcześniej puściłem informację, że pobiegnę do Kodnia dystans ponad 33 km. Z kilku osób które deklarowały się także rowerem mi towarzyszyć suma sumarum stawił się tylko jeden YO ZUE vel WIENIO z Międzyrzec Podlaskiego. Przyjechał z rowerem, bo zakładał przejażdżkę jednośladem. Okazało się, że on jednak pobiegnie. Wpakowaliśmy rzeczy do auta którym miał jechać mój brat i Nas asekurować. Po rozgrzewce i rozciąganiu, którego zbyt dużo nie było, ponieważ zakładałem pierwsze kilometry na  pobudzenie biegowe. Wienio zachęcał mnie abym biegł swoim tempem, bo on ma swoje. Uparłem się chociaż rozpocząć z nim. Plan był taki aby rozpocząć wolno a potem biec minimum 21 km z kawałkiem tempem w granicach 5:10. Ruszyliśmy wesoło rozmawiając o różnych ziemskich sprawach Pierwszy kilometr 5:44 to jak dla mnie trochę wolno. Tak jak się spodziewałem ruch był spory. Samochód za samochodem jechały na całej trasie do Kodnia.



                                             Drugi prawie 6 minut



Za Studzianką ruszyłem w swoje tempo aby się wkręcić. Droga cały czas asfaltowa a słońce mimo popołudnia jeszcze grzało. Co jakiś czas oglądałem się jeszcze za Wieniem do pierwszego zakrętu. W Ortelu Królewskim na 5 km w granicach 25 minut już czułem, że się rozgrzałem na dobre więc ruszyłem  w stabilne tempo które zamierzałem trzymać





 To był pierwszy odcinek gdzie poczułem pragnienie i uzupełniłem płyny.
Po drodze mijałem zdziwionych mieszkańców pobliskich miejscowości. Samochody zwalniały, trąbiły i zatrzymywały się  ponieważ trochę utrudniałem im przejazdy
  


 Na popularnych "krzyżowkach" jeszcze zerknąłem za siebie gdzie niestrudzony YO ZUE

Teraz czekała mnie cięższa przeprawa na otwartym terenie i w samotności. Jeszcze trochę wody i dalej w drogę w kierunku Piszczac. Czułem spokój i lekko się biegło.



 Na kolejnym punkcie pomiarowym w okolicach drogi na Kościeniewicze to był 10km czas poniżej 50 minut więc wszystko szlo zgodnie z zakładanym planem. Polałem się trochę wodą dla ochłody kark, twarz oraz ręce.













Na trasie pojawił się bardzo kuszący samochód dostawczy z jednym z lubelskich wyrobów. Nietety takie rarytasy  musiały poczekać.
Wbiegałem na prostą do Piszczaca  i nagle odezwał się żołądek. Jedzenie zmieszane z wodą dało elekt rewolucji w brzuchu. Wprawdzie spaghetti jadłem 4 godziny przed biegiem ale po raz kolejny sama woda mi nie służy. Próbowałem walczyć ale na 13 km niestety musiałem minutową przerwę zrobić w pobliskim zakrzaczonym rowie. Niby minuta to nie wiele ale po tej wymuszonej pauzie biegło się jeszcze lżej hehhe Zastanawiałem się jak radzi sobie Wienio i gdzie jest? Wienio był tu:







                                 Godzina biegu była już za mną. Przed mną był Piszczac















Ruch samochodowy był większy więc trzeba być czujnym. Przed Piszczacem kolejne uzupełnienie wody a tempo dalej takie same w granicach 4:50. Przez Piszczac śmignąłem szybko oraz dotarłem do 15km. Czas 1:13:45 to dobry rezultat. Nie odczuwałem zmęczenia ani zniechęcenia. Lekki wiatr powiewał po plecach. Pogoda jakby chciała mnie wspierać i pomagać. Zbliżałem się do półmetka moje biegowej pielgrzymki. Z moich wyliczeń WIENIO był zapewne przed Piszczacem




Dla mnie kończyła się Kolonia Piszczac i kolejna miejscowość Połoski w której miałem ocenić swoja dalszą trasę i tempo. Gdzieś w okolicach 20 km poczułem trochę w nogach i lewym kolanie. Na 21km 200 metrów wbiegłem w tempie które trzymałem mianowicie 4:55. Teraz dojechał też i Wienio z Mirkiem. On zakończył przed Połoskami na 17 km. Dobry wynik i mniej więcej połowę dystansu pokonał. BRAWO WIENIU.
Ja z kolei zdecydowanie zwolniłem tempo do 5:25. Początkowo chciałem pomaszerować trochę ale jeszcze nie odczuwałem tak dużego zmęczenia. Trasa która pokonywałem była teraz głównie przez lasy. Było chłodno. Warunki dobre dla biegaczy. Około 2 godziny biegu zmęczenie już się pojawiało. Trochę się zdenerwowałem bo nie było przez 7 km samochodu z wodą. Starałem się pić co 2,5km. Na 27 km przemaszerowałem się 3 minuty rozluźniając ręce. Dotarłem wreszcie do chłopaków i wody. Okazało się, że źle rozpisałem im kilometraż punktów od 21km do 28km popełniłem błąd.
Dalej było już coraz więcej aut które mnie mijały a i tez wracały inne z Kodnia. Miałem do pokonania jeszcze około 6 km. Oznaki zmęczenia pojawiły się już na 30km. Taki mały kryzys. Z naprzeciwka wzmocniła mnie psychicznie grupa koniarzy, którzy wracali z Kodnia









                  Słońce już chyliło się ku zachodowi i pojawił się księżyc




Kolejne uzupełnienie wody i już walka ze sobą. Nie ma co się katować a zatem 3 minuty spokojnego marszu. Ponownie ruszami na horyzoncie pojawia się Kodeń. Pozostało około 2,5km. Teraz już biegłnę radośniej. Dołączył Wienio i minąłem wjazd do Kodnia








Samochodów pełne parkingi. Ludzi jak co roki tłum. Przyspieszam między ludźmi. Mijamy z WIENIEM jak Alberto Tomba tyczki na zjeździe. Grzejemy ile tylko wystarczy sił. Słońca już nie widać. Nie czekało na Nas, schowało się za horyzontem. Blask sierpniowego wieczora pada nam na twarze. Jesteśmy już bardzo blisko. Przed Bazyliką tyle ludzi, że już nie da się biec zwalniamy i stajemy u celu. 33km 600 metrów za mną. Czas 2 godziny 51 minut. Pierwszy sprawdzian przed maratonem warszawskim zakończony pomyślnie.  Do końca września jeszcze ze 2-3 takie wycieczki zrobię. Jeszcze lekkie rozciągania i ćwiczenia. Rozmowy o bieganiu i nie tylko naprzeciwko sanktuarium. Jeszcze trucht na parking. Zmiana ubrań i na kolana wokół ołtarza. Obowiązkowo idziemy na kalwarię. 
Warto było biec. Dziękuję WIENIOWI i MIRKOWI za zaplecze logistyczne.








poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Trening po przerwie

"Dawać z siebie mniej niż to, co najlepsze to marnowanie talentu"(Steve Prefontaine)

Kilka dni odpoczywałem od biegania. Odczuwałem ból w prawej łydce po grze w piłkę. Nie chciałem jej nadwyrężać. W tym czasie oprócz kopania piłki wsiadłem na rower. Oj dawno nie jeździłem.Przejechałem 38 km. Dystans krótki al relaksujący. Kiedyś to jeździło się powyżej 100 km i to była norma. W poniedziałek jednak z początkiem tygodnia czas powrotu do treningu. W założeniach 13 km w elementami wytrzymałości i utrzymywania tempa kilometrowego. Oczywiście po pracy wskakuję w biegowe ciuchy i dłuższa niż zazwyczaj rozgrzewka. 4 dni przerwy od treningu biegowego trzeba trochę odćwiczyć. Ruszam znaną trasą po drodze gruntowej pierwszy kilometr 4:16 tak na rozruszanie. Następnie 1,5km po asflalcie. w wolniejszym tempie 4:38. Szybko odczułęm brak płynu bo inie zabrałem bidonu. Zawsze mi przeszkadza, ae dzisiaj słonce daj się we znaki już na 3 kilometrze. Cóż trzeba radzić sobie. Biegnąc szukam lekkiego wiatru aby chociaż trochę się schłodzić. Na 4 km taki wiatr pojawia się i lekko z prawego boku od skoszonego zboża powiewa po twarzy. Powietrze to rozchodzi też się trochę na plecy i od razu przyjemniej się biegnie po takim orzeźwieniu. Na prostej przed 5 km drogę zajeżdża kombaj i kurzy strasznie co mi przeszkadza utrzymać równe tempo. Na szczęście szybko skręca w pole i łapie właściwy oddech oraz rytm. Ten kilometr staram się trzymać na 4:20 i piątkę robię poniżej 23 minut. Teraz prosta z dużą ilością piachu. Nie katuję się i staram się odpoczywać w tempie 4:40. Od 6,5km ponownie 1,5km po asfalcie. Tutaj biegnie się dużo lżej niż po piachu, ale nie szarpię. Na 8 km  zaczynam się wlec trochę., brakuje wody. W gardle sucho a plecy już całe mokre. Spod czapki kapie pot i zalewa mi oczy. Jednak walczę. Czas na agresywniejszy bieg. 10 km mijam w okolicy 46 minut 21 sekund. Dalej staram się przyspieszyć. Ostatni kilometr to już ile fabryka da. Staram się pracować nad wytrzymałością w końcu biegu. Co trening ostatni kilometr staram się biec na finisz i trzymać tempo w granicach 4:00-4:05. Trzeba pomyśleć już o zwiększeniu do 1200metrów, a zaczynałem od 400 finiszu. Kończę ten kilometr 3:55 a cały dystans 13 km 120 m w 1:00:27 sekund. na trasie http://www.runningmap.com/?id=592218 jeszcze rozciąganie i obowiązkowo trucht na ostudzenie. Kolejny trening planuję nietypowy dłuuuuuuuuuuuuuuugie wybieganie ze Studzianki do Kodnia (33,5km) 14 sierpnia w godzinach popołudniowych. Swoją obecność zapowiedziało kilku rowerzystów w tym niestrudzony łowca nagród z biegów YO ZUE vel WIENIO z Międzyrzeca Podlaskiego. Będzie to wycieczka biegowa. Zakładam spokojny bieg do 20 km (ok. 5:30/km) potem będę przeplatał marszem. Jak będzie bardzo gorąco to przebiegnę Galloweyem cały dystans. Powoli trzeba już myśleć o 35 Maratonie Warszawskim do którego tylko 6 tygodni.


środa, 7 sierpnia 2013

Trening przedwieczorny

 "Potrzeba czasu żeby dokonać rzeczy trudnych. Aby dokonać rzeczy niemożliwych potrzeba trochę więcej czasu.”

Dzisiaj trening rozpocząłem przed godzina 19ta. Wcześniej oczywiście rozgrzewka, rozciągnie i trucht. Wystartowałem o 19tej i przebiegłem 16 km 600 metrów. Początkowo pierwszy kilometr po drodze gruntowej. Następnie 1,5km po asfalcie i 11km po piachu, żwirze i polnej drodze. Jeszcze dwa km po asfalcie i ostatni po drodze polnej. Czas nie powala 1:19:57 a chodziło bardziej o utrzymanie biegu na tym dystansie w miarę równym czasie na poszczególnych kilometrach. Ogólnie wychodziło między 4:40 a 4:55, docelowo pod katem półmaratonu. Chociaż uważam to jeszcze za mocne tempo jak na połówkę. Po treningu odczuwam ból nóg. Chyba za wcześnie po Kodniu zacząłem rozbieganie. Musze odpocząć może 2-3 dni od biegania aby dobrze się zregenerować. Nie ma co szarpać i szaleć. 
Bieganie ma być przyjemnością a nie katorgą.

wtorek, 6 sierpnia 2013


Lekkie rozbieganie po Kodniu 

Poniedziałek, 05.08.2013r.

“Treningi są jak mycie zębów; Nie myślę o nich. Po prostu to robię” (Patti Sue Plummer)

W tym roku w sierpniu słońce daje niesamowicie we znaki. Po biegu w Kodniu trochę zaszalałem i było małe świętowanie. Jednak szybko trzeba się regenerować bo kolejny cel półrocza na horyzoncie, a mianowicie półmaraton chmielakowy 24 sierpnia w Krasnymstawie. Jak widzę po profilu trasy łatwo nie będzie, a ja już planuję złamać czas pierwszej połówki 1:41:16. Jest to do osiągnięcia. pod warunkiem  dobrego treningu bo czasu już nie wiele mniej niż 3 tygodnie. Dlatego po mocnej kodeńskiej 15tce postawiłem na rozbieganie i bieg w tempie raczej truchtu w granicach 5:40 do 6 na km. Nie ma co się przemęczać. Rozciąganie i rozgrzewkę zrobiłem zdecydowanie krótszą. Wskoczyłem w strój biegowy i kilka minut po 20 gdy już chłodniej wyruszyłem. Na początek drogą gruntową pierwszy kilometr. następnie bardzo a to bardzo spokojnie 1,5km asflatem i dalej polną drogą. Tu i ówdzie kosza kombajny. Dalej ścierniska po zbożach mienią się na pomarańczowo w zachodzącym słońcu. Bociany szukają swojej kolacji a gęsi u rolników dają swój wieczorny koncert. Ja biegnę lekko, z gracją i spokojem. Mijam kolejne kilometry i na piątce lekko poniżej pół godziny. Od zimy tak wolno nie biegałem. Czasami trzeba aby nie przegiąć. W takim samokontroli i równowadze ducha mijam kolejne drzewa, pola i krzaki. Wbiegam 3 km na asfalt. Jest już ciemno. Mijają mnie rowerzyści, samochody i kombajny wracające z pola. Większość z tych ludzi trąbi lub macha, bo wiedzą co za wariat o tej porze biega. Tak na spokojnie zrobiłem 10 km 380m w czasie 59:57 i an tyle wystarczy. Jeszcze trochę rozciągania i do następnego treningu oczekiwania.

niedziela, 4 sierpnia 2013

PIĘTNASTKI

 1.    XIII Bieg Sapiehów Kodeń 04.08.2013 czas 1:13:51 miejsce 64 na 229.
 2. XIV Biega Sapiehów Kodeń 04.08.2014 czas 1:05:11 miejsce 35 na 192.
 3.   III Karczewski Bieg Śladami Mazowieckiego Parku Krajobrazowego 18.04.2015 czas 1:04:56 miejsce 6 na 43.
 4.  XV Biega Sapiehów Kodeń 02.08.2015 czas 1:12:17 miejsce 35 na 192. 
 5. XVII Bieg Sapiehów Kodeń 06.08.2016 czas 1:04:14 miejsce 18 na 81.
 6. XVIII Bieg Sapiehów Kodeń 06.08.2017 czas 1:06:19 miejsce 26 na 122.

Sobota, 03.08.2013r.

 Życiówka, z dużym zapasem w Kodniu

"Kto nie dąży do rzeczy niemożliwych, nigdy ich nie osiągnie” (Heraklit)




XIV Bieg Sapiehów już za mną. W tym roku szykowałem się na ten bieg długo. Zamierzałem w końcu pokonać te trasę poniżej godzinę 10. Więcej treningów w słońcu i w porze biegu.  Prognozy pogody były bezlitosne w granicach 32 stopni. Nic się nie zmieniało. Od czwartku zacząłem przygotowywać miksturę (swój izotonik) z miodu, wody, cytrynki tak aby schłodzona popijać a w piątek i w sobotę do biegu tylko nią gasić pragnienie. W sobotę byłe dobrze nawodniony bo co chwila latałem oddawać mocz. Przez cały tydzień jadłem makaron i ryż z sosami i warzywami. We wtorek i czwartek pograłem w piłkę nożną co odczułem w czwartek wieczorem po kilku kopniakach. Dla biegaczy raczej nie wskazana piłka przed startem.  Wyspałem się w sobotę ponad 9 godzin.  Zamierzałem jechać autem z bratem i ojcem którzy zapisali się ale niestety praca ich zniewoliła i debiut w Biegu Sapiehów muszą przełożyć o co najmniej rok. Zabrali mnie bracia Kowalewscy Krzysiek i Tomek, którzy debiutowali. Dla nich każdy czas w  jakim ukończą będzie sukcesem.  Spakowałem dzień wcześniej buty, skarpetki, stoper, koszulkę, czapkę i klapki. Z rana 4 bułki z dżemem truskawkowym plus bułka i banan popite własnej roboty izotonikiem i w drogę. O 10 zabrali mnie i po drodze rozmawialiśmy o bieganiu i polskich drogach. Do osady Sapiehów dotarliśmy po niespełna 35 minutach jazdy.  Pierwsi zawodnicy już byli. Spotkałem samych znajomych: Pawła Młodzikowskiego z małżonką z Adamowa, Adama Miturę, Rysia Króla, Pawła Pakułę, biegaczy z Klubu Biegacza Biała Biega. Zarejestrowaliśmy się  i przypadły nam numery startowe 177-179
Opłata startowa wypisywana była na dawnych kwitach z minionej epoki. Ma to swój urok i pamiątkę.  Pobraliśmy koszulki biegowe i udaliśmy się w cień. Była jak zawsze ekipa z ARM  http://bieganiemiedzyrzecpodlaski.blogspot.com/ z Mariolą, Byniem i Wieniem (etatowym laureato-losowaczem nagród) Do biegu mieliśmy ponad dwie godziny.  Co chwila napotykali Nas przybywający biegacze.  Z niektórymi omawialiśmy taktykę i założenia na bieg.  Ja co chwila biegałem do toalety to efekt nawodnienia ale dalej popijałem izo.  Gdy minęła 12:15 przymocowałem numer i do parku na rozgrzewkę. Już kilkunastu biegaczy truchtało. Porozciągałem się a następnie z 1,5 km truchtania, wymachy i skłony. Słońce paliło coraz mocniej. Jeszcze smarowanie maścią i coś przeciw obtarciom. W drodze na start na termometrze w cieniu dojrzałem 28 stopni. Pierwsi biegacze niepełnosprawni już ruszyli w trasę. W parku przy strefie startu napotkałem rozciągającego się Darka Mackiewicza. Jeszcze trochę truchtu rozciągania, wywiad dla lokalnej gazety i ostatnie 10 minut wyczekiwania. Do Kodnia zjechała rodzina Kowalewskich którzy przybyli dopingować Krzyśka i Tomka. Grzegorz zrobił nam pamiątkowe zdjęcie
i ruszyłem aby dobrze się ustawić.
Usytuowałem się bliżej bazyliki. Obok mnie dwóch biegaczy na wózkach. Blisko była spikerka i rozpoczęło się otwarcie. Włodarz gminy Kodeń niemrawo życzył wszystkim zajęcia pierwszego miejsca. Nastąpiło pokropienie biegaczy wodą święconą i chwila oczekiwania na start.
Do tego w założeniach bez szarpania na początku oraz jak najszybciej do kogoś się doczepić aby trzymać tempo. Tydzień poprzedzający bieg zrobiłem trening w niedzielę o 13 i tempo w środę. Po środzie zapaliła mi się lampka, skoro 7,5km pognałem w 33:48 http://biegamwstudziance.blogspot.com/2013/07/szybko-przed-piekielna-pietnastka-w.html#comment-form
to jestem w stanie po asfalcie pobiec nawet szybciej w ukończyć w granicach nawet 1:08. To były tylko założenia.  odczuwam potrzebę oddania moczu, jednak już nie mam na to czasu. Sędziowie przesuwają kibiców i już wszystko gotowe. Wyciągam stoper, przeżegnałem się. Słychać wystrzał startera, aplauz publiczności i blisko dwustu zawodników ruszyło w upale na trasę Piekielnej Kodeńskiej Piętnastki po raz czternasty. Stoper uruchomiony, ruszam spokojnie niech biegną szybciej Ci co w czołówce zamierzają być. Patrzę ze znajomych do przodu ruszył Andrzej Majewski
tylko, potem Paweł Pakuła

W głowie tylko nie szarpać spokój i opanowanie. Po małym kółku przebiegamy obok publiczności mija mnie Rysiu Król i Rafał Pajdosz Rafał widzę z respektem zaczął spokojnie. pierwszy kilometr 4:15

trochę nadal za szybko. Jeszcze biegniemy razem więc trudno do kogoś się doczepić. Wybiegamy z większej pętli i kierujemy się na opuszczenie Kodnia. Na drugim km 8:35 to 5 sekund już wolniej ale nawet 4:30 nie będzie złym  tempem. Na pierwszym punkcie biorę wodę jeden, dwa łyki i wystarczy. Czołówka daleko z przodu teraz tworzą się grupki. Biegnę pierwszy obok mnie ktoś krok w krok i trzech za plecami. Na 3 km
widać zawodnicy z przodu już biegną jeden za drugim. Słońce pali. Po godzinie 13 i czuć asfalt ten charakterystyczny zapach rozgrzanej nawierzchni. Po kolejnym kilometrze zerkam czas 4:21. Idzie dobrze. Popijam wodę i wylewam na ręce oraz kark. Teraz czekam aby ktoś mnie wyprzedził abym się mógł schować bo lekki wiaterek powiewa. Wiedzę, że numer 122 leci  z izotonikiem w ręku w takim tempie jak ja już 4 km to postanawiam być blisko niego i za nim biec. Obok numer chyba 41 i 7 oraz szybko doszedł do Nas biegacz z koszulką z Krasnegostawu. On z czasem odszedł. Na horyzoncie widzę Rysia Króla w białej koszulce ale jest już jakieś 150 metrów z przodu.  Co raz zbiegamy w cień który jednak nie wiele daje. Szybko mija 5km zerkam na stoper poniżej 22 minut jest świetnie tylko aby to trzymać. Nie czuję zmęczenia. Jedynie już gorące powietrze pali ciało. Nie ma komfortu biegania. Wybiegamy z lasu i widać fontannę z wody przez którą zwalniam aby schłodzić się. Następny punkt z wodą i ponownie czwórka która się uformowała biegnie blisko siebie. Jak później zobaczyłem numer 122 to Pan Ireneusz Sworczuk z Szach przewodzi naszej stawce. i nadal trzyma izotonik. Ja nie dopuszczam myśli aby uciekła za bardzo. na 6 km tempo nie zmienia się to kolejny kilometr i w granicach 4:18 ten ostatni. Staram się nie myśleć jak jest gorąco. Uciekam gdzieś go chłodnej rzeki Zielawy, do otwartej lodówki z której wyciągam schłodzone picie. Przypominam sobie zimę jak biegałem w mrozie. Czuję już smak lodów i  chłodnego morskiego wiatru. W tym rozmyślaniu chyba przegapiłem 7 km bo ciężko było to oznaczenie dojrzeć. Zdecydowanie lepsze są pionowe oznakowania km. Mija Nas samochód policyjny czołówki. Prowadzi jeden z Białorusinów a potem dalej nikt. Za zakrętem pojawiają się kolejni zawodnicy. Dostrzegam Kacpra Piecha a następnie Pawła Młodzikowskiego. Z daleka wyłania się tez nawrót 8 km i czas 34:.38 Dobiegamy zakręcając zza stolikiem zimna woda z pompy strażackiej zrasza gotujące się ciała biegaczy.  Jednak jest zapewne kilka stopni chłodniej niż rok temu. Na punkcie z wodą łapię kubek wypada mi od kolejnej osoby utrzymuję. Polewam ręce, kark i dwa łyki. Tak regeneracja pozwala mi na delikatne przyspieszenie o 3-4 sekundy. Z drugiej strony widać pozostałych biegaczy. Niektóre twarzy uśmiechnięte a niektóre już z grymasami a nawet z wyrazem "ile jeszcze?". Ja nie odczuwam bardzo zmęczenia. Jestem podbudowany tym czasem na 8 km. Trzymam się stale numeru 122.  Z przodu jakby bliżej biała koszulka Króla. Wyprzedzam zawodnika z numerem 122 celem sprawdzenia czy pójdzie za mną czy nie. Trzyma się mocno do punktu z wodą, ja lekko zwolniłem po wodę a on pobiegł tempem. na tym punkcie mało osób stało i nie załapałem się na wodę.  Cóż będzie kolejny.  Koszulka już zaczyna być bardzo mokra. Czapka też lekko uwiera. Poprawiam ją i nastaje 10 km spoglądam na stoper poniżej 44 minut i łapię ten czas.
Jeszcze 5 km nawet w tempie 5 minut/km to da złamanie 1:10. Nie ma co bardzo zwalniać skoro dobrze idzie.  Teraz przede mną numer 122 a za mną spory odcinek gdzie nie ma nikogo. Biegnę sam starając się wsłuchiwać w kroki aby nie zwalniać. Charakterystyczne kroki stawiane na asfalcie wyznaczają rytm biegowy. Zaczynam krążyć myślami wokół rozegrania końcówki. To jeszcze ponad 4 km. 11 km nie zauważyłem. W zasięgu mam numer 122 w między czasie kogoś mijam. Gdzie jest Darek Mackiewicz. Spodziewałem się go już wcześniej. Przywykłem jak mnie na ostatnich km wyprzedza. Na rowerze wyprzedza Jan Kulbaczyński z telefonem w ręku zapewne z relacją na żywo. Trasa wydaje mi się łatwiejsza niż rok temu. Zbliżam się do 12 km i stale trzymam się zawodnika z numerem 122. Nie mogę odstawać od niego. Muszę być w miarę blisko niego bo to gwarantuje mi świetny wynik. Już w głowie myśli krążą, że skończy się to czasem 1:07 a może  nawet wyrzeźbię 1:06. Nie nie mogę teraz myśleć o wyniku. Skupić się trzeba na tempie i dobiegnięciu. Jest 12 km 53 z kawałkiem. Zostały 3 km. Dosięga mnie zamiar odpuszczenia i zwolnienia. Przecież już na pewno osiągnę poniżej 1:10 założony wynik. Bije się z tą koncepcją. Rozważam, rozważam i czuję, że z tego głupiego dumania zwolniłem bo 122 odszedł już sporo. Oglądam się za mną daleko daleko pojedyńczy zawodnik i kolejni. Przecież 13 km to już blisko a na ostatni przyspieszenie. Między 12 a 14 km straciłem trochę sekund na niepotrzebną analizę sytuacji. Patrzę na stoper pokazuje ostatni km  4:27
to chyba najwolniejszy dzisiaj. Już z daleka widać wieżę  telefonii komórkowej w Kodniu. To może jakieś 1,5km. Zbiegam szukając odrobiny cienia. Wody nie mam a punktu też nie widać. Nawet blisko nie widzę zawodnika z butelką aby poprosić. Cóż na horyzoncie znika jakieś 250 metrów Rysiu Król. Wpadam na ostatni kilometr. teraz stopniowo podkręcam tempo. Jest już Kodeń i punkt z woda szkoda kilku sekund rura. Oglądam się do tyłu za mną wyrósł Krzysiu Majewski skąd on się zerwał.  Darka nie widzę. Jest spory kawałek ode mnie ale może  zaatakować.  Już jestem na przedostaniej prostej. Numer 122 który uciekł jest w moim zasięgu. To już flagi powiewają. Jakaś Pani z kwiatami klaszcze. Słychać kibiców. Przyspieszam jeszcze bardziej. Numer 122 coraz bliżej. Kilkanaście metrów i go łyknę. Ostatnia prosta. Widzę tablicę z czasem a tam 1:04:56 ale czad. Jeszcze szybciej jak gazela w stepie
Jak Kubica na torze. Już zdejmuję czapkę i jestem bardzo blisko 122 który zorientował się, że pędzę i przyspieszył. Zaczynam okrzyk, wielki ryk wpadam, meta 15 km za mną, fantastyczny wynik. Skaczę, cieszę się jak małe dziecko. Dokonałem tego.
Na mecie radość i szalał 
W tym roku szaleństwo pobiłem życiówkę i to o kilka minut. Czas marzenie 1:05:13
to ponad 4 minuty lepiej niż kiedykolwiek a o 8:46 poprawiłem zeszłoroczny wynik.
Zapomniałem o stoperze. Zatrzymuję go. Czas świetny. Ktoś podaje wodę  i ktoś wylewa na mnie całą butelkę. Łapię oddech klękam. Jestem uradowany. Wstaję i słyszę pytanie dziennikarza oraz widzę kamerą. Kilka słów powiedziałem. Tutaj finisz i radość od 7:31: http://pulsmiasta.tv/12614/bieg-sapiehow-2013-video/ Otrzymuję medal, bardzo piękny

SUPER extra. Wbiegają kolejni zawodnicy.  Paweł robi fotkę z Darkiem, który dobiega
                                            i chyba po raz drugi na biegu jest za mną
Przybijam z kilkom piątki i gratulujemy sobie. Bieg i taktyka wyszły fajnie. Może poza analizą i zgubieniem kilkunastu sekund to i tak rewelacja. Poprzeczkę postawiałem wysoko na 15km. w Kodniu. Może kiedyś wystartuje. Jak narazie wystarczy biegania w Kodniu dla mnie. Osiągnąłem to co chciałem z nawiązką. Z Pawłem Młodzikowskim jeszcze trochę truchtu i rozciąganie. Potem obiad, oglądanie dekoracji i sprawdzenie oficjalnych wyników. Bardzo dobrze pobiegli
pozostali dwaj mieszkańcy Studzianki: Krzysztof Kowalewski miejsce 152 czas 1:27:13, Tomasz Kowalewski miejsce 129 czas 1:22:18. Zawody wygrał z czasem 48 minut 10 sekund Aleksander Podolski z Białorusi. Drugi był Bogusław Andrzejuk z Białegostoku z czasem 48:54.

               Oficjalne wyniki tutaj: http://timepro.pl/wyniki/2013/koden2013.pdf. Bieg ukończyło 192 zawodników a ja zająłem 35 miejsce. Pierwsza galeria zdjęć http://biala24.pl/?id=Galerie&x=1814#prettyPhoto i materiały video http://pulsmiasta.tv/12614/bieg-sapiehow-2013-video/ oraz http://www.youtube.com/watch?v=iY6MOxYNPtM