niedziela, 13 kwietnia 2014

Wybieganie
11.04.2014r.


Bieganie daje poczucie, że możesz wszystko

         W tym tygodniu ,z  racji startu w Lublinie wybieganie w piątek kosztem basenu. Rozgrzewka i rozciąganie. Zabieram zegarek bidon i pas. Czas w drogę przede mną 2 godzinne wybieganie. Skupiam sie na rytmie i ciągłości. W tym czasie założyłem 22-23km po 5:30 wg tabelek treningowych. Pobiegnę drogami polnymi z piachem  i jednym podbiegiem. 
            Pora przed wieczorem spokój przyroda zapach wiosny śpiewy ptaków. Czysta radość z biegania. Cały tydzień w papierach przed monitorem to trzeba odpocząć. Pierwsze km wg planu i momentami nudzi mi się. Samotne wybieganie to jednak walka ze sobą i myślami. 5kn  trochę ponad 27 minut dalej kontroluje tempo. Obserwuje zasiane pola. Zasadzone ziemniakami kolejne włości. Czuć zapach kwitnących drzewek owocowych. Nogi zapadają się w    piaszczyste drogi i już czuje w buta piaskownice. Od 5 km regularnie co 2,5km popijam. Na 10km 53 minuty zbliżam się do granicy Studzianki i Lubenki. Zawracam na moście. Tutaj mam 11km i 800 metrów. Wracam tą samą drogą.  Gdzieś po 15 km nieznacznie przyspieszyłem. Łącznie 23km 600 metrów w 2 godz. 6 minut całkiem całkiem. Zobaczymy  jak organizm zareaguje na 4 trening intensywniejszy  a mianowicie zawody na dychę. Będzie to wyzwanie.

czwartek, 10 kwietnia 2014


Terenowe tempo

09.04.2014r.




Bieganie to medytacja, bieganie to stan ducha i umysłu, bieganie to pewna filozofia stylu życia



                           Ostatni w terenie zbiegiem natury w Warszawie foto Piotr Książkiewicz


        Uparłem się aby biegać też odcinki w jednakowym tempie. Wybieganie swoją drogą ale przynajmniej raz na dwa tygodnie sprawdzam swoją wytrzymałość i uczę się biegać równo. W tym tygodniu nie zakładałem kilometrówek dopiero w kolejnym.


       Zatem kolejny trening jak co drugi dzień zaczynam od rozgrzewki i rozciągania co już weszło mi w nawyk. Po 8 godzinach za biurkiem w stertach akt i papierów trzeba trochę ruchu. Wyruszam po drodze polnej którym mam pod dostatkiem. Dobrze biega mi się po piachu i drogach leśnych. Gdy wbiegam po 1km na asfalt to kieruję się na pobocze i śmigam poboczem. Założenie było jasne 4:55/ km 15-16 km. Czas sprawdzam jak zawsze co 5km i sporadycznie na poszczególnych kilometrach. Zabrałem bidon z piciem więc uzupełnianie co 2,5km od 5 począwszy. Pierwsze km oczywiście niemalże idealnie z jednym zachwianiem gdzie było 4:52. Nie odczuwam zbyt wielkiego zmęczenia. Wiem skąd tak dobry wynik się wziął w cross maratonie to efekt treningu po piachu. Szkoda tylko, że nie ma podbiegów za bardzo. Skipy na most to trochę wzniesienia jest a tak trzeba pojechać spory kawałek,  Na 5km jest tak jak powinno być 24:28 może parę sekund za szybko.
           Potem  wśród szumu drzew, wiatru i pełnej przestrzeni biegnę swobodnie coraz mijając znajome twarze. Trening to swego rodzaju rejs po Studziance, rozmyślania  nie tylko biegowe. o czas kiedy mogę spokojnie zastanowić się na wieloma sprawami. Gdy tak myślę kilometry same lecą a i płyny uzupełniam już regularnie. 
 
         Przychodzi trochę inspiracji i zamierzam pobiegać po innych drogach po których jeszcze nie biegałem. Jak widzę jeszcze kilka km można znaleźć tak aby nie powtarzać trasy na długim wybieganiu. . Tym sposobem znalazłem się na 15 km i trochę pognałem za daleko więc już dobiegnę do domu okrężną drogą. W rezultacie wyszło równe 17 km i 5 metrów w 1:23:27. Nie odczuwam zbytniego zmęczenia. Owszem w nogach czuć ale nie było to mocno. Kolejny trening w piątek i z racji niedzielnego startu na Czwartą Dychę do Maratonu w Lublinie w niedzielę będzie to wybieganie taka roszada.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Mocniejsze akcenty
07.04.2014r.

Bieganie jest jednym z najtańszych sportów. Aby zacząć, potrzebujesz jedynie parę dobrych butów przeznaczonych do biegania, T-shirt, dres lub spodenki


         Po Dyszce nie czułem zmęczenia więc trening w większości po asfalcie. Najbliższe starty w Lublinie to asfalt i kostka.  Wole piach i grunt ale nie ma tak dobrze. Robię rozgrzewkę i wyruszam. Nie zabieram płynów. Nawadniałem się trochę przez dzień zobaczę jak będę reagował. Pierwsze dwa km po 4:40, kolejne wchodzę na rytm po 4:20, następne dwa spokojniej 4:45, po 5km odczuwam brak picia. dalej przyspieszam i pędzę po 4:15 równo 3km. Następnie sprawdzam czas i po 9 km mam 39:15 bardzo mocno. Tego potrzebowałem. Nie nabiegałem się w sobotę bo obawiałem się jeszcze mocniej ruszyć. Teraz już podkręciłem tempo. Jednak odczułem to przyspieszenie. 

      Kolejne 3km po 4:40 i kilka  przyśpieszeń jeszcze na odcinkach 200 metrowych. Odstani na schłodzenie co daje 14km w 1:05:12. Bez picia jest ciężko. Jest coraz cieplej i nawadnianie na zapas jednak nie zdaje egzaminu. Nie da się napić na zapas. Teraz przede mną  spokojne tempo jakieś 15-16 km oraz wybieganie powyżej 20km.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nie planowany start na Dychę, czyli I Karczewski Bieg Śladami Mazowieckiego Parku Krajobrazowego
05.04.2014r.


Bieganie wpisane jest w Naszą naturę i gdy uprawiamy je regularnie to sprawia frajdę.


Na sobotę planowałem trening 10 km trochę szybciej aby sprawdzić jak reaguje w tydzień o maratonie. Nie nam najwyższych obrotach ale po 4:30 może. Z racji wyjazdu do Warszawy zrodził się pomysł aby zamiar treningu po Łazienkach podjechać na I Bieg w Karczewie. Zawsze lepiej gdy jest sporo ludzi i to bieg po lesie. Zanim wyjechałem zjadłem pyszna jajecznicę która zaaplikowała z rana Asia. Już wiedziałem ze pobiegnę dobrze. Zanim dojechałem autobusem w drodze poznałem innego biegacza Tomka z lubelskiego rodowodu. Wymiana zdań i dyskusje trwały w dobre zanim dotarliśmy na miejsce. Po drodze zabrali nas autem życzliwi biegacze o lubelskich korzeniach.
Na miejscu w środku lasu fajne miejsce. W  pakiecie za 5 zł koszulka i numer. Było gdzie się przebrać i zostawić ubrania.


Już z początku podobała się organizacja widać że robi to ktoś kto ma pojecie. Zgłosiło się ponad setka zawodników. Zwiedziłem Ośrodek edukacyjno – muzealny „Baza Torfy” i miejscową ekspozycje. Wystawa z ciekawą ekspozycją przyrodniczą, charakteryzującą podstawowe typy siedlisk i gatunków fauny występujących na terenie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego im. Czesława Łaszka .Jest to bardzo treściwa i obrazowa ekspozycja poświęconą regionowi karczewskiemu, stanowisku archeologicznemu i przyrodzie. Dowiedziałem się skąd wzięły się wyrażenia "zejść na psy" oraz ze "coś jest lipne. Uwagę rzecz jasna zwróciłem na malowidło gdzie było polowanie z  luku na renifery.




Spotkałem Gizele z rodziną znajomą poznaną w Wiązownej o tatarskich korzeniach
. Potem Adama Miturę i kelnera z maratonu warszawskiego i Wiązownej tym razem w stroju biegacza.
       Plan na bieg  był prosty 44-45 minut rozpocząć od 4:40. Mówiono o 2 podbiegach i piachu. Zrobiłem trucht i porządną rozgrzewkę. Długo rozciągałem się. Ludzi przybywało po godz. 10 i przemówieniach nadszedł czas startu
Ruszyliśmy w las. Od razu dołączyła Gizela i biegliśmy od początku spokojnie dając wyszaleć się innym. Pierwszy km po utwardzonej jeszcze drodze. Wbiegamy w las. Tutaj korzenie doły i piach. Kontroluje tempo 4:40 dalej gdy było już luźniej to 4:35.
     Powoli mijamy zawodników bez ataku. Pierwszy podbieg pokazał, że nie będzie to łatwy bieg. Do 5 km biegłem wg planu i udało  się  minąć trochę osób w tym Panie z czołówki kobiet. Gizeli powiedziałem  ze jest tuż za podium aby się bardzo nie nakręciła a była rzeczywiście 2. Potem już prowadziła wśród Pań. Na 5 km biorę wodę kilka łyków, ale  banana i czekolady nie zaczepiam.



        Co raz oglądam się a Gizela odstaje. W końcu koło 6 km zostawiam jaą oby wytrwała. Trasa staje się trudniejsza bo nogi grzęzną w piachu. Mając doświadczenie w zmaganiach z piachem wychodzi mi to na dobre bo mijam kolejnych biegaczy. Dostrzegam mocny podbieg w tzw. wydmach tutaj widzę 6 biegaczy przede mną i dalej pusto. Na podbiegu przyczaiłem się i potem ich wyprzedzałem w odstępie 1 km pięciu minąłem. Przed 8 km przyspieszyłem trochę. Obrałem sobie zawodnika z napisem na koszulce "Cezary "za cel. Okazało się  moje przyspieszenie spowodowało,ze szybko go minąłem. Następnie już nikogo przede mną tylko na zakrętach  stali strażacy obsługując y bieg. Na 8 km zerkam na czas 35:47 biegnę swoim tempem za mną już spory kawałek pozostali zawodnicy. Nie przyspieszam może ktoś mnie dogoni. Tak się nie stało biegłem do mety sam. Przyspieszyłem przed ostatnim zakrętem jakieś 400metrow trochę mocniej i finisz. Czas 43:54 dał mi 14 miejsce na 125 startujących. Wygrał Sylwester Kuśmierz z wynikiem 35:53. Bez napinki nie odczułem bardzo zmęczenia.  Normalnie robiłbym tempówki w 4:30. Dostałem fajny medal. Zerkałem na dobiegających. Gizela dotarła 2 z kobiet
 Założyłem spodnie i bluzę. Zapach pieczonego kurczaka zabił u mnie chęć rozciągania. Zapomniałem o rozciąganiu ah eh.Udałem się do altany na jedzenie. 

           Po posileniu się nie czekałem na dekoracje





i z  Tomkiem ruszyliśmy spacerkiem do komunikacji  dyskutując o sporcie. Po drodze zerknąłem, jeszcze na popularną w Karczewie ciuchcię


Bieg fajny z wspaniałą organizacja wymagająca trasą po lesie i wydmach Karczewskich. Teraz bedzie czas na dalsze treningi bo po maratonie juz raczej zebrałem siły. Można od poniedziałku wejść delikatnie na właściwe tory treningowe.

Zamieszczony tekst i zdjęcia sąmojego autorstwa oraz Pana Dariusza Grudzińskiego. Są chronione są zgodnie z ustawą o prawie autorskim z 4 lutego 1994. Rdz. 2 art. 8.2. Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904  z póź. zm. Wszelkie przetwarzanie lub wykorzystywanie zdjęć i opisu bez zgody autora jest
Z A B R O N I O N E!

piątek, 4 kwietnia 2014

Pomaratońskie powroty
03/04/2014r.

Bieganie dodaje energii, pozwala na długie rozmyślania oraz sprzyja inspiracji.



         Kwiecień to już czas na porządne treningi, które zbliżają się wielkimi krokami. Jeszcze trochę spokoju. Kilka dni po królewskim dystansie jeszcze nie jestem na siłach aby mocniej pobiegać. Tym razem zakładam przebiec dwa kółka po polnych drogach. Popadało trochę więc piachu nie ma bardzo dużego. Woda zmoczyła drogi i jest akurat. Rozgrzewka i rozciąganie już trochę dłużej niż ostatnio. Plan mam rozpisany na 22 tygodnie  a więc skończy się na maratonie lubelskim. Co dalej??hm...okaże się jak go podsumuję.

            Wyruszam z psem towarzyszem jak się okaże po raz ostatni bo narozrabiał. Pierwszy km biegnę na wyczucie i zakładam czas 5:00 zerkam na zegarek 4:59 o 1 sekundę. Zobaczymy jak będzie na 2. Teraz pobiegnę poboczem i mylę się o 3 sekundy. Droga skręca w bezdroża i pola. Niewielki podbieg i mijam 3,4, 5km. Biegnę rytmicznie bez podkręcania tempa. Wdycham wiosenne powietrze. Cieszę śpiewem ptaków i powoli zieleniejącą się Studzianką. 

Mijam jedno kółko i tak samo biegnę kolejne. Miałem nawet przejść do marszu 3 minutowego ale jedna dam radę. Bez szarpania zwalniam na ostatnim kilometrze. razem, 13 km 147 m. gdy spisałem czas to lekkie zaskoczenie 1:07:12

wtorek, 1 kwietnia 2014

Rozbieganie po maratonie
i podsumowanie marzec 2014

"Łut szczęścia zdarza się osobom przygotowanym." - (Darrel Royal)



Po maratonie bolały mnie stopy, ścięgna i łydki. Poprzebijałem odciski i pozakładałem plastry. Najgorzej to będzie z otworem po patyku ale zagoi się. Wczoraj jeszcze czułem w udach ból. Dzisiaj już nie i porozciągałem się, poćwiczyłem. Udałem się z pieskiem na rozbieganie. Lekko i spokojnie po 6 minut, nawet 3 minuty przemaszerowałem po 3,5km. Razem 7,5km w 45 minut z kawałkiem to relaks. Teraz czas regeneracji i jeszcze kilka dni odpoczynku. Do końca tygodnia nie wrzucę więcej niż 10 km na raz. Czas ba refleksję nad marcem.


Liczba założonych treningów i biegów: 13

Liczna wykonanych treningów i biegów :12

Liczba treningów w tygodniu: 3 

Liczba startu w zawodach: 4

Życiówki: 1,  cross maraton 3:31:16

Ogólna liczba kilometrów w marcu 2014: 204,350 km

Liczba kilometrów w % do założonych :  22,29% / 100%

Liczba kilometrów na miesiąc w 2014: 149,69





Średnia liczba km na treningach w marcu 2014: 15,945km

Średnia na kwartał: 449,09

Średnia na kilometr marzec 2014: 5:06

Średnia na kilometr w 2014: 5:06

Średnia prędkość: 11.75km/h

Liczba godzin przebieganych  na treningu w marcu: 17:24


Marzec zdecydowanie lepszy od stycznia i lutego już blisko 200km/m-c. Trochę mało jeszcze wybiegań i częstotliwości treningów. W kwietniu wejdę już na właściwe obroty.

sobota, 29 marca 2014

II CROSS MARATON IM. JANA KULBACZYŃSKIEGO
PO ZIEMI PISZCZACKIEJ I KODEŃSKIEJ
3:31:16 nowa zaskakująca  życiówka 8 miejsce, puchar, męczarnia na końcu i odwodnienie


Miało być 3:50 miało być spokojnie gdy pisałem kilka dni przed maratonem. Zwyciężył głód biegania i chęć walki. Przed Cross Maratonem zrobiłem przez tydzień tylko 7,5km truchtem. Brakowało mi już biegania. Uwierzcie jak niedobór biegania wpłynął na zmianę taktyki. Biegałem i trenowałem u siebie p piachu i byłem przygotowany, może na maraton nie za dobrze. Nie jadłem tez makaronu przed startem ani dwa dni ani trzy przed.
Gdy z tatą dojechaliśmy na miejsce mieliśmy za sobą ponad 200km w aucie i zryw o 5 rano. Szybki ponowny zapis odbiór numeru startowego tym razem 43, pakietu i koszulki. Przywitałem się z organizatorami debiutantem Wieniem z Międzyrzeca Podlaskiego. Na dobrą rozgrzewkę nie było już czasu. Lekki rozruch skłony i już była 9. Byłem zły na siebie za to bo zabrakło mi z 20 minut. Trudno trzeba było ruszyć bez rozgrzewki. Zrzucam dres ponieważ uznałem, że w spodenkach będzie lepiej.
Zawodnicy na starcie. Karetka była w pobliżu. Objaśnienia, przemówienia, ustawienie się z przodu. Do walki w II Cross Maratonie im. Jana Kulbaczyńskiego po ziemi piszczackiej i kodeńskiej stanęło 48 zawodników. Zawodników poprowadzą jeźdźcy na koniach. Było wiadomo, że 4 osoby z kijkami pójdą Nordic Walking mniejsze kółko 18 km. Kilka osób planowało zrobić tylko jedno to większe 24km jak zawodnicy z zakładu karnego. 3,2,1 Start odpalam stoper i ruszamy polną drogą w kierunku lasu. Początkowo wszyscy razem. Zerkam gdzie Janek Kulbaczyński a zaryzykuję pobiegnę trochę za nim. Póki co trzymam się daleko za nimi czołową gdzieś piętnastką. Na czele wydarł zawodnik z napisem na koszulce Yulo Run Team Siedlce. Biegniemy po piachu i to będzie powszechny widok do znudzenia. Nie widzę oznaczeń kilometrowych. Są strzałki, szarfy ale nie rozszyfrowałem po pewnym czasie czy to oznaczenia. Grupa delikatnie się rozciągnęła. Jak na pierwsze kilometry to lekko i spokojnie ale ale wg mojego rozeznania biegnę 4:45/km/ To się potwierdziło na pierwszym oznaczeniu 5km - 24:02 mi wyszło. Na punkcie odżywczym jest tylko woda. Już żałuję, że nie zabrałem pasa z izotonikiem. Oj będę żałował. Popijam 2-3 łyki nie zwalniając. Wbiegamy w las i zmagamy się z niewielkim błotem i piachem. Za lasem wyłania się wieża bazyliki kodeńskiej. Wokół rolnicy orzą pola i sieją zboża. Dalej zakręt i prosta pod górkę w piachu kierunku Kodnia. Lekkie wzniesienie jak na razie nie odczuwalne. Kilometry mijają, słonce coraz bardziej przygrzewa a ja nie zwalniam tempa. Czuję się świetnie i lecę poniżej 5minut na kilometr. Zbliżam się do grupki w której jest organizator tego biegu. Doganiam w końcu Janka i wbiegamy do Kodnia. Tutaj trochę po asfalcie taka pętla obok bazyliki. Wbiegamy na wprost obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej. Mamy okazję  zobaczyć innych zawodników gdy wracamy. Staram się biec za wielkim maratończykiem ale wyczuwam, że biegnie każdy kilometr inaczej

. Nie mogę zmieniać tempa ani szarpać bo będzie źle. Wracam do swojego rytmu i po kilku kilometrach opuszczam tego który „mało mówi, dużo biega” jak go nazwały media i postanawiam ruszyć do grupki zawodników będących oj daleko przede mną ledwo widoczni. Mam do ich z 200metrów jak nie lepiej. Wydaje mi się, że zwalniają na punktach odżywczych. Ja nie zwalniam w biegu biorę kubeczek wody popijam, kilka łyków. Dalej obmywam twarz, kark i ręce. Kolejne kilometry mijają a ja nie czuję póki co biegu. Przyjdzie jeszcze ten czas gdy poczuję.  Udaje mi się dognać Pana Leszka Kota i mam przed sobą 4 którzy biegną za prowadzącym. Prowadzący już daleko, daleko odskoczył. Przed 15km dobiegam do dwóch z nich i doczepiam się. Widząc po tempie to lecą poniżej 5/km coś koło 4:50.  Zamierzam z nimi podciągnąć się trochę. Słuchawki i muzyka nie pozwalają słyszeć ich komunikatów. Skupiam się na biegu i rytmie. Na trasie przy punktach jest po kilka osób. Gdzieś ktoś z domu wychodzi i robi zdjęcia. Pojawiają się też inne osoby dopingujące i dzieci. Pojawił się też punkt z wodą nadprogramowy gdzie na takim pustkowi stał jeden dom i mieszkańcy wystawili wodę, cukierki, czekoladę i dopingowali. Brawo. Ja jedynie piję wodę. Nie daje ona zbytnio komfortu. Gasi pragnienie na trochę. Jakby była częściej to może by pomogła. Już wiem mam to w głowie, że z wodą daleko nie pociągnę. W głowie piętrzą się myśli gdy na 20 km nie było punktu z wodą. Olala. Będzie rzeźnia. Trzymam się tych chłopaków. Gdy tak pomyślałem to okazało się, że jestem w czołówce biegu. To jednak dopiero połówka i 1:41 jasny gwint jak szybko. Oni to na 3:10 lecą czy jak. Przebiegamy las i zawracamy. Jeden z zawodników wskoczył w las na zrzut balastu. Biegnę z zawodnikiem jak się dowiedziałem z Grójca nr 37. Po kilometrze gdzieś dociera do nas kolejny i biegniemy w trójkę. Panowie dają mocno. Na jednym z rozwidleniu dróg mieszamy się i dopiero po wahaniu wybieramy jak się okazało właściwą dalsza drogę. Już w oddali widać kibiców i świetlicę w Zahorowie. To tam w pobliżu startu będziemy wbiegać na ostatnie 18 km. Przepuszczam zawodnika za sobą i jestem czwarty biegnąc tuż za nimi.  Może odpuścić i zejść z trasy przeszła mi myśl? Nie nie ma mowy. Czuję się bardzo dobrze i nadal świeżo. Widzę tatę w charakterystycznej narzutce widzę czas prowadzącego 1:45 po 24 km jaki mi napisał. Biorę kilak łyków upragnionego izotonika i wody. Powstało zamieszanie i sie wiadomo czy prosto czy skręcać. Zanim się Ci z przodu zorientowali to ja byłem przez pewien czas drugi. Taki akcent jednak spanikowałem i zwolniłem oglądając się gdzie oni są. Wiedziałem, że dobrze biegnę ale zwolniłem. Oni mnie po kilkuset metrach wyprzedzili a jak tylko wbiegliśmy do lasu to wbił mi się w but jakiś patyk. Ból przeszył mnie. Ojejku taki mały patyczek a przebił siateczkę w bucie. Skarpetkę i skórę. Próbuję w biegu go wyjąć, ale obłamał się. Nie dotrwam tak do punktu odżywiania muszę się go pozbyć. Zawodnicy już mi uciekają. Zwalniam jeszcze trochę i na pól pochylony wyrywam badyla. Piecze stopa strasznie. Zaciskam zęby i biegnę dalej. Jednak już nie mam kogo się trzymać. Narzucam swoje tempo ale tez dobre bo jak widzę po czasie poniżej  5 minut. Dobiega do mnie kolejny zawodnik i szybko mija. Wydaje mi się zbyt szybko i nie decyduję się za nim biec. Na 29 km biorę wodę, kilka kawałków czekolady i kawałek banana. Czuję się po tym odżywczaku lepiej. Ponownie jest las i za nim będzie widać bazylikę kodeńską. Obym wytrzymał. Już zbliża się trzydziestka. Teraz zacznie się maraton. Panowie rolnicy popijają napój chmielowy przy siewniku i klaszczą. Cos krzyczą ale muzyka w uszach i nie słyszę. Nie zdejmuje słuchawek walczę z piachem i zerkam za siebie. Za mną nikogo daleko nie ma. Nie widać. Z przodu jest 3 biegaczy. Po piachu pod wzniesienie i Kodeń. Tym razem już nie na asfalt tylko po polnej drodze.  Jest kolejny punkt z wodą. Popijam dalej kilka łyków. To już 34km już tylko 8 km a ja biegnę dalej. Już tyle wytrwałem zerkam 2:40 ojejku jaki czas. Wyrzucam te myśli z głowy. Po tej wodzie dalej chce mi się pić. Mijam rów z wodą ależ bym chciał wskoczyć i ochłodzić się. Wydaje mi się choć już biegłem tą droga piachu jakby więcej. Czuję, że mam odciski na palcach i boli mnie to miejsce po patyku. Zerkam widzę plamę po krwi na prawym bucie bliżej palców. Brakuje mi teraz bardzo oznaczeń kilometrów nie wiem jak lecę poszczególne. Zerkam na czas wydaje mi się dalej poniżej 5/km. Ponownie wbiegam na pełna słońca drogę. Zawodnicy z przodu dobrze widoczni zarówno 2, 3 jak i ten co mnie ostatnio wyprzedził.  Są jednak daleko, za daleko. Jest ten nadprogramowy punkt z wodą. Biorę cały kubek i wypijam. Błąd, błąd straszny błąd. Nagle jakby mnie zatrzymywało. Czuję ciężkie nogi w tym piachu. Zwolniłem. Zerkam do tyłu są dwa zawodnicy za mną kilkaset metrów. Zaczyna się. Dopada mnie ściana. Czuję dreszcze i gęsią skórkę na rękach. Próbuję głęboko oddychać. Rozluźniam ręce i nagle widzę po prawej mija mnie zawodnik z brodą i długimi włoszyskami. Był tak daleko jak go widziałem na 24km a teraz mnie łyknął. To mało powiedziane odstawił mnie szybko. Walczę, proszę Boga o wytrwałość i siły. Przebieram nogami ale bardzo wydaje mi się wolno. Pot zalewa mi oczy i utrudnia widok. Człapię i próbuję walczyć. Nie mogę upaść ani stanąć. Jeszcze z 6km o w mordę jeża to tylko 6 km jakieś pól godziny. Tak 30 minut ale nie w tym stanie. Zerkam do tyłu gdzieś widzę kontury innego zawodnika. Na zakręcie stoi Pan z puszką piwa. Zapewne zimne i smaczne. Napiłbym się teraz tak mi sucho w gardle. Jest punkt z wodą. Stoją dzieci ,proszę o wodę. Wypijam wolno. Pytam ile do końca? mówią ze około 3-4km. Nogi zaczynają mi się plątać ale biegną. Mam przed oczami już tylko zimne picie. Ktoś wystawił miskę z wodą. Zwalniam zanurzam w niej ręce i obmywam twarz. Włóczę się już nie biegnę, nie staram się już walczyć. Jak to nie walczę. Zrywam się zaciskam ręce. Słyszę czyjś głos, mija mnie kolejny zawodnik. Nie wiem co mówił czy pytał. Słuchawki już mam zdjęte. Trochę oddechów głębokich i oglądam się. Za mną nikogo. Spokojnie jeszcze trochę. Dalej wykrzesuję siły i biegnę. Patrzę na czas 3:12 ojejku ileż jeszcze. Obraz mi się rozmywa ale jest tabliczka podbiegam bliżej niej a na niej 40km. Jeszcze 2,195 to już odliczanie. To nie bieg, to nie ściganie gdzie ostatnie kilometry przyspieszam tutaj już tylko maraton. Teraz jest maraton i dalsza walka o to aby nie paść. Nogi mi się chwieją i plączą. Wybiegam z lasu. W oddali widać budynek to chyba świetlica w Zahorowie i tam jest meta. Zawodnicy daleko z przodu uciekli. Nie mam sił na gonienie. Tylko przetrwać i dotrzeć do mety. To nie jest bieg to trucht i to powolny. Noga za nogą, metry za metrami i jeszcze trochę. Za mną widzę ktoś goni. Nie dam się. Rzucę się na niego jak mnie przegoni. Walczę ze sobą i dystansem. Już niedaleko. Jeszcze trochę, jeszcze z pół km. Słyszę krzyczy tata. Próbuje mnie mobilizować. To nie Lublin i nie finisz w Warszawie nie przyspieszam. Nic mnie nie mobilizuje już. Człapię i człapię stoi karetka i ludzie to meta. Nie mam chęci, siły i ochoty zerkać na czas. Jedna myśl meta wtaczam się na nią i opadam na ramiona taty. To dla Ciebie ten maraton TATO za wytrwałość, dziękuję. Ja dałem rady. Padam i siedzę. Ktoś zawiesza mi medal

Słyszę tylko kawałki słów. To Irek Popławski mnie podnosi. Dociera do mnie 3:31:16 ten z tyłu starszy Pan nie dogonił mnie. Cały drżę i sapię. Podchodzą z karetki ratownicy. Jakoś stoję i piję izotonie, wodę, jem to co na stole. Jaki jestem głodny i zmęczony. Po kilku minutach dociera do mnie fantastyczny wynik. Rewelacyjnie pobiegłem, chociaż końcówka to był maraton  nie 10 km a ostatnie 6km to piękno maratonu. Zająłem 8 miejsce. Wygrał Marcin Olek z Siedlec 3:08:16. Wyniki tutaj: http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=3&action=5&code=27713&bieganie Potem oczekiwanie na innych, rozmowy i pyszne jedzenie. Dobiega też debiutant WIENIO pokonał maraton poniżej 5 godzin w debiucie brawo brawo WIENIU!!!Jesteś maratończykiem
Dostałem tez puchar za 8 miejsce. Najcenniejszy bo w maratonie i to w 3 stracie a pierwszym crossowym.
Dziękuję Jankowi i osobom go wspierającym za ten maraton, organizację i to że mogłem biec przez darzony sentymentem Kodeń. Słowa podziękowania dla Darka Mackiewicza za zdjęcia.







Zamieszczony tekst i zdjęcia są mojego autorstwa oraz Pani Małgorzaty Mackiewicz. Są chronione są zgodnie z ustawą o prawie autorskim z 4 lutego 1994. Rdz. 2 art. 8.2. Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904  z póź. zm. Wszelkie przetwarzanie lub wykorzystywanie zdjęć i opisu bez zgody autora jest
Z A B R O N I O N E!